Wieki średnie bez kryzysów (relacja: HIM, Warszawa, Stodoła, 05.08.2015)

16 sierpnia 2015

„To oni jeszcze grają?”, „Ej, a nie słuchało się ich w gimnazjum?”, „Co oni grają? Love metal? He, he, he”. Cóż. Nie jest łatwo żyć, gdy masz dwadzieścia kilka lat i ludzie z otoczenia dowiadują się, że jedziesz na koncert HIM. Przekonałem się o tym i ja, i moja towarzyszka podróży. Nienawidzący będą nienawidzić, jak brzmi popularne powiedzonko, każdy ma swój krzyż, tymczasem zespół pod wodzą niestrudzonego łamacza dziewczęcych serc, Villego Valo, nieustannie – nawet jeśli z małymi przerwami – od przeszło dwóch dekad niesie swój sztandar, nagrywa płyty i koncertuje. Ciągle potrafi przy tym wywołać ożywione dyskusje pomiędzy jego zwolennikami a przeciwnikami. HIM zawsze polaryzował ludzi, ale i trudno się temu dziwić – albo kupuje się tę specyficzną otoczkę, albo kwituje się ją szyderczym uśmieszkiem. Raczej nie ma nic pomiędzy. Zasadniczo więc nic nie zmieniło się od czasów, gdy Valo w futrze obnażał klatę na różowej okładce bestsellerowego „Razorblade Romance”. Ile to już lat minęło? Ponad piętnaście? Chryste, ale ten czas leci.

Myli się ten, kto sądzi, że świat zapomniał już o HIM. Zgoda, czasy największej popularności przeminęły najwyraźniej bezpowrotnie, a ostatnie dwa krążki przepadły na listach przebojów oraz wykazach najlepiej sprzedających się albumów. Kolorowe magazyny dla nastolatek zaludniane są przez jakichś gołowąsów, którzy zapewne rąbali w pieluchy, gdy Ville z kolegami wyginali się pomiędzy zielonkawymi laserami na planie wiadomego teledysku, rekordy wyświetleń na YouTube’ie należą do klipów zdecydowanie bardziej kolorowych niż himowe, a staromodny melodramatyzm zastąpiły teksty o zdecydowanie bardziej bezpośrednim, seksualnym przekazie. Czasy się zmieniły, pokolenia się wymieniły, Finowie nie są już tak medialni, jak kiedyś, ale trudno nie przyznać, że przez lata wybudowali trwałą i oddaną bazę fanów, dzięki którym zespół może funkcjonować do dzisiaj.

HIM, Warszawa, 05.08.2015, przed otwarciem bram
Gdy dojeżdżaliśmy pod warszawską Stodołę około godziny 17.30 (otwarcie bram zaplanowano na 18.00), pod wejściem utworzyła się już całkiem pokaźna kolejka, która rosła w zasadzie z każdą minutą. Mając zapewnione miejsca na numerowanych siedzonkach na balkonie po prawej od sceny, stanęliśmy w kolejkę dopiero godzinę później i muszę przyznać, że wtedy czarny sznur himowych wyznawców – znacznie, znacznie już dłuższy – wyglądał rzeczywiście imponująco. Dość powiedzieć, że pomimo całkiem sprawnego przejścia przez kontrolę biletów i sprawdzenia przez ochronę zawartości toreb oraz plecaków, przesunięcie się od końca kolejki do ciemnego wnętrza Stodoły zajęło nam jakieś 20 minut z okładem, a za nami ciągle dochodzili nowi ludzie. Niech mi ktoś powie, że HIMa już nikt nie słucha.

HIM, Warszawa, 05.08.2015, swoje trzeba odstać

Występ zaplanowano na 19.30, i do tego czasu klub wypełnił się ludźmi po brzegi. Warto wspomnieć, że zarówno warszawski, jak i gdański koncert (dzień później w klubie B-90) wyprzedały się do ostatniego miejsca, co w niezwykle owocnym koncertowo roku 2015 jest rzeczą nie tak oczywistą. Mimo, że HIM po przeszło dekadzie przerwy wystąpili w Polsce w 2013 roku w ramach Ursynaliów, to jednak w warunkach klubowych oglądać ich nad Wisłą można było ostatni raz na trasie promującej „Deep Shadows and Brilliant Highlights” w 2001 roku. Dodając do tego fakt, że nowe pokolenia fanów, wyrosłe przy okazji tak popularnych albumów, jak chociażby „Love Metal” i „Dark Light”, nie miały okazji zobaczyć swoich idoli na żywo, nie można się dziwić, że popyt na koncert Finów był ogromny. Nie będzie też niespodzianką informacja, że przytłaczającą większość widowni stanowiły przedstawicielki płci pięknej, co stwierdzam po wnikliwej obserwacji zgromadzonych. Jak widać, Ville Valo ciągle ma ten czar, który sprawia, że jego fanki piszczą na sam jego widok. Przekrój wiekowy był całkiem spory, choć odniosłem wrażenie, że najwięcej było osób w „zaawansowanych latach dwudziestych”, a więc tych, którzy w wieku nastoletnim leczyli Weltschmerz za pomocą „Love Metal” czy nawet „Razorblade Romance”. Trzeba jednak oddać sprawiedliwość, że HIM trafia też do młodszej generacji, która miała również sporą reprezentację. Dość jednak powiedzieć, że średnia wieku słuchaczy HIMa znacznie wzrosła od czasów klasycznych płyt wydanych pod sztandarem BMG. Gimnazja mają teraz innych idoli.

HIM nie jest zespołem, który mógłby się pochwalić bogatą scenografią. Ot, poza instrumentami, wzmacniaczami z logiem kapeli i rozlokowanymi po bokach dźwiękowcami za konsoletami jedyną ozdobą sceny była rozwieszona z tyłu apokaliptyczna rycina („Val van de magiër Hermogenes”, Pieter van der Heyden, Hieronymus Cock, 1565 – możecie ją zobaczyć i pobrać tutaj). Dopiero po koncercie, gdy kupowałem na stoisku z merchandisem pamiątkową koszulkę z ową grafiką, dowiedziałem się, że trasę koncertową Ville nazwał auto-ironicznie „Tour of the Middle-Aged MMXV”. Całkiem zabawne i z dystansem, przyznaję!

Punktualnie, o 19.30, sala zawrzała i zatrzęsła się od ryków i pisków. Na scenę po kolei wtoczyli się członkowie zespołu: podtatusiały już nieco, choć nadal „dredowaty” gitarzysta Mikko „Linde Lindström, klawiszowiec Janne „Burton” Puurtinen, dla którego czas się chyba zatrzymał, brzuchaty, brodaty i z głową owiniętą jakąś szmatą basista Mikko „Migé” Paananen, a także kudłaty Jukka „Kosmo” Kröger, który zastąpił poprzedniego perkusistę. W lutym bowiem, ogłaszając wieść na swoim koncie facebookowym, po 16 latach grania, z HIM odszedł Mika „Gas Lipstick” Karppinen, tłumacząc się wypaleniem i chęcią tworzenia własnej muzyki. Spowodowało to olbrzymie zdumienie zarówno fanów, jak i samego zespołu. Show must go on, jak to mówią, i zastępstwo znaleziono. Koncert w Warszawie był więc wyjątkowy choćby pod względem tego, że był jednym z pierwszych z nowym bębniarzem w składzie. Trudno też nie przyznać, że sekcja rytmiczna wizualnie bardzo dobrze do siebie pasuje. Abnegaci 😉

Wreszcie na scenie pojawił się Ville. Z twarzy już dojrzały facet, nie dawny chłopiec z okładek Bravo i Popcorna, nadal jednak o sylwetce sprzed wielu, wielu lat, chudy jak przecinak, w czapeczce, której postanowił nie zdejmować mimo gorąca. Bez zbędnych wstępów panowie odpalili dynamicznego rockera „Buried Alive By Love”, który należało potraktować trochę jako środek na dotarcie – zarówno zespołu, jak i fanów. Może jednak przede wszystkim zespołu. Głos Valo, jeszcze nierozgrzany i nieco uciekający pod warstwę gitar i perkusji, ale zapowiadający, że będzie nieźle. Nie ukrywam, miałem ciary i szczypałem się w duchu, że naprawdę, po tylu latach wreszcie jestem na koncercie tak uwielbianego zespołu. Na drugi strzał poszła „Poison Girl”, i tutaj naprawdę nic nie mogło się nie udać. Znów dreszcz przeszedł po karku. Singiel z kultowego wśród fanów „Razorblade Romance” i jeden z większych przebojów zespołu rozbujał całą Stodołę, a dziesiątki śpiewających gardeł zrobiły wielkie wrażenie. Ville rozkręcał się coraz bardziej i w okolicach czwartego w kolejności „Pretending” śpiewał już bardzo, bardzo zadowalająco. Finowie dobrali najlepszy możliwy zestaw utworów: usłyszeliśmy himowe the best of, przekrojową jazdę przez cały ich dorobek od debiutu aż po ostatni album, „Tears on Tape”. Postawili przy tym na wierne odwzorowanie wersji studyjnych – kto liczył na specjalne introdukcje czy rozciągnięte środki utworów, które okazjonalnie HIM proponują, musiał tym razem obejść się smakiem.

Wybuchy entuzjazmu pojawiały się na początku w zasadzie każdego utworu. Może nieco ciszej było przy trzech kawałkach z ToT, ale pewnie przez wzgląd, że są relatywnie najmniej otrzaskane i znane, bo muzycznie z resztą setu przegryzały się wybornie. Szczególnie dynamiczne, klasycznie himowe „Into the Night”. Absolutnie szaleństwo zapanowało przy „Join Me in Death”, które odśpiewała solidarnie chyba cała Stodoła, a przynajmniej takie odnosiło się wrażenie. Jak bardzo kochane jest „Razorblade Romance”, przekonać się można było także przy „Gone With the Sin”. Ville spalił początek… zapominając tekstu! Zaczął jednak od nowa przy ogromnym wsparciu zgromadzonych. Widać było tego wieczoru, jak bardzo go cieszy gorące przyjęcie przez polską publiczność, wziął nawet polską flagę z heartagramem i swoją podobizną od kogoś z publiki. Choć jak zawsze nieco zdystansowany, uśmiechał się, zachęcał do wspólnego śpiewania, zagadywał – tradycyjnie – basistę Migé, a przy tym był skoncentrowany na jak najlepszym odśpiewaniu wszystkich, nawet najbardziej ogranych piosenek. To się ceni, bo frontman HIM kapryśnym zwierzęciem bywa, i nie zawsze jednakowo przykłada się do wszystkich numerów, co po wielu latach słuchania dziesiątków bootlegów i innych koncertowych nagrań mogę stwierdzić z całą stanowczością. Także jego głos brzmiał naprawdę dobrze i pewnie, Valo bez problemu trafiał w tonację. Od czasu do czasu jedynie odsuwał nieco mikrofon od ust, gdy trafiał na fragment, w którym najwyraźniej nie czuł się najpewniej, albo gdy po prostu chciał się napić. Pamiętających jego problemy z alkoholem uspokajam – Ville łoił bezalkoholowego Lecha. Serio, serio.

HIM, Warszawa, 05.08.2015

Okazji do wzruszeń i sentymentalnego powrotu do dawnych lat było zresztą tego wieczoru mnóstwo. Pięknie wypadł „The Sacrament” z obowiązkowym wstępem na pianinie. Niesamowitą radość przyniosło wykonanie „Heartache Every Moment” oraz „In Joy and Sorrow”, które nadal dzierży w mojej opinii miano jednej z najlepszych i najbardziej rasowych himowych ballad. Potężny riff oraz dynamiczna solówka na gitarze z „The Kiss of Dawn” ciągle sprawiają, że noga i głowa same chodzą w rytm muzyki. „Right Here in My Arms” czy „Rip Out the Wings of a Butterfly” to pewniaki, które nic a nic nie pokryły się patyną, a dodatkowo koncertowa energia nadaje im tylko rumieńców. Szał przy „Wicked Game” potwierdza, że himowa interpretacja tego żelaznego klasyka z repertuaru Chrisa Isaaka jest przez fanów wprost ubóstwiana. Nie muszę chyba dodawać, jak dobrze wyszła tego wieczoru?

Nie obyło się bez małych wpadek, które jednak nie zaburzyły odbioru, ba, wręcz dodały całości nieco uroku. Przy „Tears on Tape” Linde zaczął grać riff z innego utworu, przez co Valo musiał przerwać piosenkę i przy okazji nieco złośliwie dogryzł koledze. Trudno jednak uznać, że to jakiś miernik relacji w zespole – ci panowie tacy są. Niedowiarków odsyłam chociażby do koncertu z „Digital Versatile Doom” sprzed 7 lat. Chyba nie do końca przekonująco wypadło „Bleed Well” – nie twierdzę, że numer wyszedł źle, niemniej brakowało mu trochę ognia i większej – jakby to ująć – zwartości. Trochę szkoda, bo piosenkę tę darzę miłością czystą i głęboką. „Heartkiller”, chociaż zagrany bardzo solidnie, jednak nadal jest w moim przekonaniu najsłabszym z wiodących singli w całej himowej historii, i koncert bez niego nie straciłby absolutnie niczego. Niby mamy chwytliwy refren i charakterystyczną zagrywkę, a więc rzecz stworzoną według sprawdzonej formuły z „Rip Out the Wings of a Butterfly”, a jednak nie jestem w stanie polubić tego utworu. Przekonałem się też, że nastrojowy, choć ciężki „When Love and Death Embrace” na żywo jednak nieco przynudza. Fajnie, że tak stary kawałek ma w roku 2015 swoje miejsce w setliście, niemniej to był ten moment, gdy moje emocje nieco opadły i to była jedyna chwila, gdy myślałem nie „ale świetnie!”, lecz „ciekawe, co będzie dalej”. Nie myślę jednak marudzić – HIM chcieli zagrać wszystkie swoje najważniejsze single i to zrobili.

Słówko o nowym perkusiście. Grał bardzo poprawnie, z odpowiednim wyczuciem. Odnoszę wrażenie, że ma cięższą łapę niż Gas, przez co jego gra zbliża się nieco do bębniarza z początkowego okresu kapeli, Pätki Rantali. Z całą mocą można się było o tym przekonać podczas pochodzącego z debiutanckiego LP „Your Sweet Six Six Six”, które było odpowiednio dociążone i pozbawione klawiszowego lukru. Do tego widowiskowo machał długimi piórami podczas gry. Publiczność zgotowała mu bardzo ciepłe przyjęcie, a hałas jaki zrobiła, gdy Valo przedstawił go pod koniec występu, pozwala sądzić, że transfer świeżej krwi się udał i misiowaty Jukka zostanie w zespole na dłużej. Nie mam nic przeciwko. Kto wie, może nowa osoba sprawi, że przy pisaniu kolejnego albumu w formację wstąpi nowa siła? Chyba wszyscy byśmy sobie tego życzyli.

HIM, Warszawa, 05.08.2015

Po przerwie HIM wyszli na jeszcze jeden numer. Na bis odpalili „Rebel Yell”, który najwyraźniej na dobre powrócił do ich setlisty. Klasyczny numer autorstwa Billy’ego Idola rozgrzewał himową publikę na trasie różowej płyty, a później na wiele lat zniknął z ich repertuaru. Tego środowego wieczoru w Warszawie chyba nikt nie miał wątpliwości, że powrót tej piosenki to świetna decyzja. Dość powiedzieć, że Stodoła odśpiewywała numer tak, jakby to był autorski utwór Finów, a przecież oni nawet nie zarejestrowali nigdy jego wersji studyjnej! Później Ville i reszta zespołu pożegnali się z nami, rozdali kostki, pałki i zniknęli za kulisami. Było koło 21.25, za nami przeszło osiemdziesiąt minut występów i aż 23 piosenki. Super.

Nie sądzę, żeby ze Stodoły ktoś tego wieczoru wyszedł niezadowolony. Muzycy byli w formie, frontman miał świetny humor, do setlisty nie można mieć było żadnych zastrzeżeń. W klubie było gorąco niczym w – nomen omen – fińskiej saunie, ale kto by na to zwracał uwagę. To był piękny powrót do dawnych czasów, odświeżenie wspomnień i chyba nieco zaskakujące mnie odkrycie, że po tylu latach ciągle pamięta się teksty wszystkich prawie utworów. HIM wkroczył w wiek średni, ale nie sprawia wrażenia formacji zdziadziałych rutyniarzy, nie czujących żadnego związku z muzyką, jaką nagrywali przez te wszystkie lata. HIM to nadal kolektyw fajnych gości, których bawi to, co robią, a publiczność wciąż jest głodna ich twórczości. Na tym właśnie zasadza się magia muzyki. Już teraz wiem jedno – następnego koncertu w Polsce na pewno nie odpuszczę. HIM, do zobaczenia następnym razem!

PS. Kasia, pozdrowienia! Miło było się wspólnie powzruszać przy himowych starociach 🙂

Bilet - HIM, Stodoła, Warszawa 2015

SKŁAD
Ville Valo – wokal
Mikko „Linde” Lindström – gitara
Mikko „Migé” Paananen – bas
Janne „Burton” Puurtinen – klawisze
Jukka „Kosmo” Kröger – perkusja

LISTA UTWORÓW
1. Buried Alive By Love
2. Poison Girl
3. The Kiss of Dawn
4. Pretending
5. Into the Night
6. Killing Loneliness
7. Scared to Death
8. Your Sweet Six Six Six
9. Join Me in Death
10. Bleed Well
11. In Joy and Sorrow
12. All Lips Go Blue
13. The Sacrament
14. Rip Out the Wings of a Butterfly
15. Gone With the Sin
16. Wicked Game (Chris Isaak cover)
17. Heartkiller
18. Heartache Every Moment
19. Tears on Tape
20. Right Here in My Arms
21. The Funeral of Hearts
22. When Love and Death Embrace
BIS
23. Rebel Yell (Billy Idol cover)

Advertisements

komentarzy 8 to “Wieki średnie bez kryzysów (relacja: HIM, Warszawa, Stodoła, 05.08.2015)”

  1. Anonim said

    Dobra robota i wiarygodna relacja.Stałam na dole…

  2. M. said

    Będzie grubo po czasie, ale…
    Jak zawsze świetna recenzja, napisana w bardzo rzetelny i przyjemny sposób. Bardzo lubię Twoje pióro:) Poza tym, dzięki czytaniu twoich recenzji płyt i nie tylko mam wrażenie (i diabelną nadzieję zarazem), że choć trochę nauczyłam się lepiej słuchać.

    Pozdrawiam serdecznie!
    Mel

    PS: Byłam na balkonie głównym 😉

    • Dziękuję za miłe słowa! 🙂 Warto pisać, by później przeczytać takie komentarze, szkoda, że udaje mi się to tak rzadko 😉 A muzyce, by ją należycie docenić, zawsze trzeba poświęcić nieco więcej czasu i uwagi.
      Pozdrawiam!

  3. Wiki said

    Świetna relacja, bardzo ciekawa, fajnie sie czytało :)) PS. Ciesze sie że Ville pił bezalkoholowego Lecha 😀 Widać dba o sb, kocham go ❤

  4. Paweł said

    Dobra relacja 🙂 Czas na więcej takich relacji.

  5. Grzegorz said

    Bardzo obszerna relacja! dobrze się ją czytało

  6. Pan B said

    Wręcz mega obszerna relacja :O super!
    Pozdrawiam!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s