Motör na niższych obrotach (relacja: Motörhead, Warszawa, Torwar, 06.07.2015)

20 lipca 2015

O Motörhead w ostatnich latach coraz częściej pisze się w kontekście słabującego zdrowia Lemmy’ego oraz odwołanych z tego powodu koncertów, stawiając przy tym pytania o dalsze losy zespołu. Kilmister odgraża się, że działalności kończyć nie zamierza, a jeśli nawet nie będzie w stanie występować na żywo tak często jak by chciał, to Motörhead nadal będzie wydawać płyty studyjne. Póki co słowo staje się ciałem:  ledwie dwa lata temu dostaliśmy zajebisty „Aftershock” – który notabene został już pospiesznie przez niektórych pismaczków określony „prawdopodobnie pożegnalnym” krążkiem – a już za chwilę Motöry wypuszczą w świat „Bad Magic”. Koncertowo też nie widać, by panowie się specjalnie oszczędzali. Nie ma jednak co zaklinać rzeczywistości – do zobaczenia w Polsce tego świętującego w 2015 r. 40-lecie (!) działalności zespołu okazji nie będzie już zbyt wiele, o ile w ogóle jeszcze kiedykolwiek się takowa wydarzy. Wiedziałem, że jeśli mam zobaczyć Motörhead na żywo, i to bez ruszania się poza granicę Polski, koniecznie muszę wybrać się na Torwar 6 lipca. Parę miesięcy wcześniej, gdy tylko wystartowała sprzedaż biletów, zakupiłem swoje egzemplarze, po czym pozostało cierpliwie czekać na godzinę 0. Z pewną taką nieśmiałością dodam, że trzymałem mocno kciuki, by złe fatum nie odebrało polskim fanom okazji do posłuchania Motörów na żywo. Udało się.

Nad sceną podświetlony reflektorami, kultowy Snaggletooth, cztery iksy na cztery dekady Motörhead, daty 1975 i 2015 oraz hasło „Victoria aut morte”. Oby jak najdłużej było aktualne, nasuwa się myśl, choć przecież muzyka przeżyje jej twórców, mnie i wszystkich zgromadzonych na Torwarze.  Ludzie skandują „Motörhead! Motörhead! Motörhead!”. Z głośników wypełza niewielkie gitarowe sprzężenie, a na scenę wchodzą oni – Mikkey Dee, Phil Campbell i Lemmy Kilmister. Szef mocno wychudzony, ale chyba w dobrym humorze. Pyta zgromadzonych, czy wszystko w porządku, po czym rzuca nieśmiertelne „We are Motörhead and we gonna play some rock ‚n’ roll”. I się zaczyna ostra motörheadowa jazda, po którą wszyscy tutaj przyszli.

Dee i Campbell w wyśmienitej formie, uśmiechnięci, żywiołowi. Lemmy tradycyjnie statyczny, chlaszcze paluchami struny swojego Rickenbackera i chrypi do mikrofonu. Wszystko tak jak powinno być, ale trudno nie odnieść wrażenia, że jego głos nie jest już tak mocny, jak jeszcze kilka lat temu, nie przebija się z taką pewnością przez ścianę dźwięku. Nie było jednak czasu się nad tym specjalnie zastanawiać. Dominowały rozpędzone numery i chyba nie ma co opisywać każdego z nich z osobna, bo i muzyka Motörhead nie polega na niuansach i barokowym przepychu – ma być głośno, dynamicznie i do przodu. I tak było, choć nie zadbano o odpowiednio klarowne brzmienie. Tempo zwolniło nieco po „Metropolis”, gdy przecinające się zielone lasery oplotły Phila Campbella stojącego pośrodku zaciemnionej sceny. Magię chwili popsuły niestety problemy techniczne – gitarzysta miał problem z uzyskaniem jakiegokolwiek dźwięku ze swojej podświetlonej gitary i kilka razy robił podejście do solówki, nim wreszcie usłyszeliśmy go z głośników. Fajnym przełamaniem motörheadowych lokomotyw był też „Lost Woman Blues” z „Aftershock”. Naprawdę rasowy blues przepuszczony przez łapska rock ‚n’ rollowych weteranów. Mocno liczyłem na perkusyjny popis pana Dee, i tutaj o rozczarowaniu nie mogło być mowy – przez kilka minut słychać było takie naparzanie w bębny, że gęba sama się śmiała.

Świetnym miernikiem, ile czasu pozostało do końca koncertu, był Phil Campbell z jego gitarami, których na stojaku miał całkiem sporo i co jakiś czas dobierał sobie kolejną. Dość powiedzieć, że wiosła zmieniał bardzo często i skończyły mu się zaskakująco szybko. Gdy Lemmy zapowiedział „najlepszą piosenkę na świecie” – czy muszę tłumaczyć jaką? – odniosłem wrażenie, że czas minął jakoś za prędko… Torwar totalnie odleciał na tych kilka minut, po czym orkiestra zamilkła. Ale przecież są bisy, prawda?

Panowie nie kazali czekać na siebie długo i bez ceregieli odpalili żelaznego klasyka – „Overkill”. Apetyt rozbudzony na nowo, czuć swędzenie w nadnerczach, a tymczasem… Lemmy z ekipą żegnają się i schodzą ze sceny. Spojrzałem na zegarek – 70 minut z lekkim hakiem, i to wliczając konferansjerkę, problemy techniczne i oczekiwanie na bisy. Sam Lemmy na scenie był z kwadrans krócej, co też trzeba odnotować, bo w trakcie solówek kolegów oddalał się na – zapewne – małą regenerację. Nie da się ukryć, że życie dało mu ostatnio w kość, a przebyta choroba odcisnęła swoje piętno: lider był nieco wycofany, jakby odrobinę zmęczony, i część obowiązków odnośnie zabawiania publiczności przejął przede wszystkim Campbell.

W trakcie wychodzenia z Torwaru walczyły we mnie dwa sprzeczne odczucia: z jednej strony, zobaczyłem wreszcie Motörhead, a koncert zagrany był naprawdę zawodowo i z klasą; z drugiej strony, przykro było patrzeć, że niezniszczalny dotąd Lemmy ugiął jedno kolano pod ciężarem wieku, choroby i wszystkich swoich doświadczeń. Chociaż trudno mi nie przyznać, że długość koncertu i już nie taka dobra dyspozycja Kilmistera (o co nie można go winić) nieco rozczarowywały,to jednak było warto pojawić się tego wieczoru na Torwarze, dumnie wypinając klatę ze szczerzącym się Snaggletoothem, świetnie było zobaczyć legendarny zespół, o jakim nawet kiedyś poprowadziłem radiową audycję, wreszcie wspaniale było widzieć polską flagę zawieszoną przez Lemmy’ego na wzmacniaczu. Motörhead nie składa broni i za to należy im się wielki szacunek. Zapewne będą grali tak długo, dopóki jakoś dadzą radę wpełznąć na scenę. Nie zmienia to jednak faktu, że po koncercie nie tylko mnie obijała się po głowie uporczywa myśl: pewna era w historii rocka powoli, ale nieuchronnie zbliża się do swojego końca.

PS. Słówko o supporcie. Rola rozgrzewacza przypadła stołecznemu Scream Maker. Pierwszy, dość kwadratowy numer typu hard’n’heavy i wokalista wymuszający wibrato a la Dickinson nie nastroiły mnie optymistycznie, ale już drugi kawałek fajnie zażarł, a nóżka chodziła aż do końca ich energetycznego występu. Kapela niewątpliwie okrzepnięta, bardzo solidna technicznie i przyjemna w odbiorze. No i co tu dużo mówić, zaproszone na scenę podczas „Wanna Be a Star” tancerki (rudowłosa i blondwłosa, jedna w gorsecie, druga w staniku – gdyby ktoś pytał) skutecznie podkręciły temperaturę występu i samego, udanego zresztą, utworu. Już ja wiem, dlaczego chcecie być gwiazdami, panowie!

MOTÖRHEAD, WARSZAWA, TORWAR, 06.07.2015 R.

SKŁAD
Lemmy Kilmister – bas, wokal
Phil Campbell – gitara
Mikkey Dee – perkusja

LISTA UTWORÓW
1. We Are Motörhead
2. Damage Case
3. Stay Clean
4. Metropolis
5. Over the Top
6. Solo gitarowe – Phil Campbell
7. The Chase Is Better Than the Catch
8. Rosalie (Bob Seger cover)
9. Rock It
10. Lost Woman Blues
11. Doctor Rock
12. Solo perkusyjne – Mikkey Dee
13. Just ‚Cos You Got the Power
14. Going to Brazil
15. Ace of Spades
BIS
16. Overkill

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s