Czarne święto (relacja: Black Sabbath, Łódź, Atlas Arena, 11.06.2014)

15 czerwca 2014

Tego, że Black Sabbath mają u mnie specjalnie względy, nie ma sensu ukrywać. Okazuje się jednak, że najwyraźniej u muzyków legendarnej grupy mam je równie duże, nawet jeśli panowie o moim istnieniu nie mają najmniejszego pojęcia. Rok temu, 11 czerwca miał polską premierę ich nowy album, „13”, którego objawienie światu zbiegło się z moimi urodzinami, tym samym robiąc mi świetny prezent, bo o połączeniu sił załogi z Birmingham na nowym krążku marzyłem od dawna. Jakiś czas później ogłoszono daty drugiej odnogi europejskiej trasy. Black Sabbath postanowili dopomóc w spełnieniu jednego z moich największych marzeń – uczestniczeniu w ich koncercie, najlepiej na polskiej ziemi. Koncert w Atlas Arenie w Łodzi ustalono na 11 czerwca, tym samym determinując fakt, że moja okrągła urodzinowa impreza będzie miała wyjątkowy charakter. No bo w końcu ile osób może się pochwalić tym, że Black Sabbath grali na ich urodzinach? 😉

Przybywając do Łodzi około godziny 13.00 – kolejna ciekawa koincydencja! – można było zauważyć napływającą powoli w okolice Atlas Areny metalową brać, reprezentowaną przez dosłownie każde pokolenie. Jedynie sporadycznie zaobserwowałem jednostki wybijające się z tłumu odmiennym kolorem odzieży. Jak przystało na czarne święto, dominowała czerń koszulek, głównie z podobiznami bohaterów dnia – Black Sabbath i Ozzy’ego Osbourne’a – chociaż Iron Maiden też mieli swoją silną reprezentację. Mówiąc szczerze, w pobliżu Atlas Areny nie za bardzo jest gdzie pójść, więc wędrując po ulicach Łodzi co rusz można się było natknąć na błąkających się nieco bez pomysłu fanów Sabbath. Sam koncert wszedł w skład Impact Festivalu 2014, ale powiedzmy sobie szczerze – nazywanie tego wydarzenia festiwalem byłoby sporym nadużyciem. O ile dzień później, gdy Aerosmith towarzyszyli Alter Bridge oraz Walking Papers (nowy zespół Duffa McKagana, dawnego basisty Guns N’ Roses) można byłoby jeszcze mówić o festiwalu z nieco mniejszym cudzysłowem, o tyle 11 czerwca w kwestii supportów zwyczajnie nie ma o czym pisać. Występy na małej scenie odpuściłem totalnie, natomiast wchodząc na teren wokół Atlas Areny jakieś 30-40 minut przed planowanym otworzeniem bram, przekonałem się z całą mocą, że zwyczajnie nie było sensu wcześniej tam iść. Jedyne „atrakcje” to piwo z kija, fast-foody z mikrofalówki oraz dość skromny merchandising. Grającego na małej scenie obok Areny Cochise nie słyszałem w ogóle, natomiast muzyka występującego później Skillet dochodziła do mnie, siedzącego w małej kawiarence nieopodal dworca, całkiem nieźle i, mówiąc oględnie, nie mam pojęcia, kto wpadł na pomysł, by zapraszać ten zespół na taką imprezę. Stylistycznie i gatunkowo to zupełnie inna bajka. Bezpośrednio przed Black Sabbath, już w Atlas Arenie, rozgrzewał publiczność Reignwolf. Hałaśliwy i osobliwy to twór, bo składający się jedynie z dwóch gitarzystów i perkusisty. Z ich niedługiego występu zapamiętałem chyba tylko moment, gdy pan lider jednocześnie grał na gitarze i perkusji. Muzycznie jednakże było co najwyżej poprawnie. Powiedzmy sobie otwarcie – nikt tego wieczoru nie przyszedł do Atlas Areny, by przejmować się kimś innym, niż headliner. Fajnie było też dojrzeć znane twarze: Petera Wiwczarka (szefa Vader), Wiesława Weissa (naczelnego Teraz Rocka), a nawet… wokalistę niejakiego Pectusa.

Krótko przed 21 zza olbrzymiej kurtyny, na której wyświetlano sylwetki używanych jako logo BS diabłów, zaryczał Ozzy, każąc publiczności dać się usłyszeć. Wybuch entuzjazmu zgromadzonych był nie do opisania, a ja pierwszy raz poczułem na całym ciele ciary. Drugi raz – gdy pogasły światła, na kurtynę padł cień nietoperzowej sylwetki Osbourne’a z rozpostartymi ramionami, stojącego tuż za kotarą i gdy rozległo się wycie syren. Trzeci raz, kiedy siedziałem już jak sparaliżowany, słysząc uderzenia pierwszych taktów „War Pigs” i widząc podnoszącą się zasłonę, zza której wyłonili się oni. Black Sabbath w niemalże oryginalnym składzie. Ozzy Osbourne, Tony Iommi oraz Geezer Butler znów na jednej scenie. Pełniący obowiązki perkusisty Tommy Clufetos wyglądał zaś jak niebecny w ostatniej inkarnacji Sabbath Bill Ward – tyle, że za jego młodych lat, kiedy nosił długie włosy i równie bujną brodę. Jak się miało okazać, nie tylko efektowny wygląd miał go połączyć z Billem.

Jeśli chodzi o scenę, obyło się bez fajerwerków – scenografię stanowiło jedynie kilka kolumn, gong za plecami Clufetosa i spory ekran górujący nad sceną, na którym wyświetlano zarówno rozmaite nawiązujące do treści utworów klipy, jak i zbliżenia na muzyków. Często telebim dzielony był na trzy części, dzięki czemu można było śledzić poczynania Wielkiej Trójki jednocześnie. Zamykając kwestię techniczną, warto pochwalić realizatorów dźwięku. W miejscu, gdzie siedziałem (w drugim rzędzie sektoru B, oczywiście na miejscu 13, a więc w tylnej części Atlas Areny) było słychać doskonale każdy dźwięk, włącznie ze wszystkimi uderzeniami bębniarza. Ciężkie, chropowate brzmienie gitary Tony’ego cudownie rozlewało się po całym obiekcie, świetnie dopełniane przez bulgoczący, ostro atakowany przez Geezera bas. Nie wiem, czy w pozostałych sektorach Atlas Areny słyszalność była równie dobra, ale ja absolutnie nie mogłem narzekać.

Najważniejsza pozostaje jednak muzyka. Black Sabbath oparli set głównie na klasycznych utworach z pierwszych czterech płyt. Po świetnie wykonanym „War Pigs” (Clufetos zagrał wszystkie przejścia i wypełniacze wręcz doskonale), z chóralnym zaśpiewem tysięcy gardeł przy głównym riffie cody utworu, panowie odpalali kolejne kanoniczne numery: rozbujany, masywnie brzmiący „Into the Void” (w którym Ozzy zachęcał, nie bez sukcesu, do skandowania „aj! aj!” podczas gdy Iommi rozjeżdżał wszystkich zgromadzonych ultraciężkim riffem głównym), po którym usłyszeliśmy dwóch reprezentantów „Vol. 4”: odpowiednio dociążone „Under the Sun” oraz „Snowblind”. Niesamowite, że po upływie przeszło czterdziestu lat te kawałki bronią się tak znakomicie, a podbite dodatkowo energią wykonawczą zespołu i potężnym brzmieniem zyskują wręcz nową jakość. No i niektóre zagrano nieco niżej (zapewne, by Ozzy potrafił je zaśpiewać), co przydało im dodatkowego kopa.

Jadąc na koncert, gdy w odtwarzaczu kręciła się oczywiście „13”, zastanawiałem się, jakie kawałki z niej pochodzące zostaną zagrane tego wieczoru. Chcąc zachować niespodziankę, nie sprawdzałem w sieci setlisty z poprzedniego koncertu na trasie, odbywającego się w Berlinie. Miałem pewne nadzieje związane z „Age of Reason”, jednym z moich absolutnych faworytów, ale wątpiłem, by Black Sabbath zdecydowali się na jego zagranie. Trudno się więc chyba dziwić, jeśli powiem, że pikawa zatrzymała mi się na chwilę, gdy Ozzy zapowiedział pierwszy numer z „Trzynastki”, czyli… „Age of Reason”. Od perkusyjnego wstępu (takiego, jak na płycie), przez dostojne, kroczące riffy i zajebistą, rozbujaną sekwencję w środku, aż po sam koniec utwór sprawdził się na żywo doskonale, ani na milimetr nie odstając jakością od klasycznych utworów. Dość zresztą powiedzieć, że ogólnie piosenki z najnowszego Sabbath świetnie przeżerają się ze szlachetnymi starociami, co też świadczy o jakości tego materiału.

Przy kolejnym utworze przenieśliśmy się do samego początku. Trudno opisać, jaką moc miał „Black Sabbath”, gdy Tony niczym obuchem uderzał diabelskim trytonem, na którym oparty jest ten legendarny kawałek, a jaki powoli przetaczał się przez całą Atlas Arenę. Nie obyło się oczywiście bez kościelnych dzwonów i odgłosów deszczu. Furorę zrobił śmiech Ozzy’ego po linijce „Satan’s sitting there, he’s smiling”, a gdy utwór przyspieszył, sala oszalała, do czego zachęcał zresztą wokalista („jump, jump!”). Przy klimatach z pierwszej płyty Sabbsów zresztą zostaliśmy, bo zaraz później panowie wykonali „Behind the Wall of Sleep” (co za drive!). Gdy tylko wybrzmiał, Geezer Butler zaczął szarpać struny swojego instrumentu bez akompaniamentu zespołu. Solówka szybko przerodziła się w to, czego można się było spodziewać – „N.I.B.”, kapitalnie bujającego całą Atlas Areną, oczywiście  z obowiązkowym „Oh yeah!” w kluczowych momentach.

Gdyby na tym koncercie zabrakło „End of the Beginning”, byłbym srodze rozczarowany. Ten przeszło ośmiominutowy kolos, zbierający wszystkie elementy wczesnego Sabbath – bo mamy i ponury doom metal, i heavy metalowe łojenie, i pogodniejszą, bardziej rockową codę – po prostu musiał być zagrany. I tak też się stało. Był kolejnym numerem z „Trzynastki”, który wypadł kapitalnie, i rozgrzał publiczność nie gorzej od klasyków. Dowodem chociażby falujący las wzniesionych rąk w końcowej części. Magia.

Od czasów najnowszych przeszliśmy z powrotem do przeszłości, do epoki „Paranoid”. Zabrzmiały „Fairies Wear Boots” i „Rat Salad”, które pozwoliło trójce muzyków oryginalnego składu chwilę odpocząć poza sceną. Na kilka minut Areną zawładnął Tommy Clufetos, który odegrał świetne perkusyjne solo, dowodzące, jak dobrze panuje nad instrumentem i jaki ma feeling. Przyznam szczerze, że przed koncertem nie byłem fanem jego gry, tymczasem przekonałem się, że to rewelacyjny bębniarz – z jednej strony ma niemal jazzowy feeling, z drugiej zaś nie boi się wpleść do swojej gry nieco nowoczesności, co nadaje utworom dodatkowego kolorytu. Nie mamy w tym składzie Billa, ale wybór Clufetosa to strzał w dziesiątkę. Żaden numer nie stracił ani grama magii pierwszego Black Sabbath, czym – w moim przekonaniu – nie mógłby się za to pochwalić np. wieloletni garowy BS i Heaven & Hell, Vinny Appice.

Perkusista po długich chwilach okładania instrumentu zwolnił i zaczął nabijać stopą znajomy rytm. Ozzy ryknął „I am Iron Man!” i wszystko stało się jasne. Zachęcił do wspomożenia Iommiego chóralnym „oooo!” i momentalnie podłapała to chyba absolutnie cała sala. Kolejny utwór przeniósł nas z roku 1970 do 2013 – okazuje się, że „God Is Dead?” na żywo wiele zyskuje. Entuzjazm publiki, nieco wyciszonej przez spokojniejszą część, wybuchł przy rozbujanym riffie przełamującym ponurą atmosferę całości. Dość powiedzieć, że poważny na ogół Tony Iommi, widząc szalejącą publiczność, uśmiechał się od ucha do ucha.

Bardzo ucieszył mnie kolejny kawałek – „Dirty Women”. O ile w wersji studyjnej nigdy mnie do końca nie przekonywał, o tyle odkąd usłyszałem jego wersję na żywo z koncertówki „Reunion”, wskoczył do czołówki moich ulubionych numerów Sabbath. W Łodzi zabrzmiał równie fantastycznie i potężnie, a pieprzu dodawały bardzo pikantne wizualizacje mocno rozebranych modelek na ekranie. Trzeba przyznać, że potrafiły dość skutecznie odciągnąć uwagę od tego, co działo się na scenie 😉

Na koniec panowie zostawili mocarne „Children of the Grave”. Cóż, mogę oficjalnie przyznać temu kawałkowi zaszczytny tytuł Najcięższego Utworu w Historii Świata. To był zdecydowanie jeden z najlepszych momentów tego rewelacyjnego koncertu, a bas Geezera wespół z gitarą Iommiego dudnią mi w głowie do dzisiaj. Wiadomo jednak było, że pewnej piosenki tego wieczoru zabrakło i panowie nie mogą ot tak zejść ze sceny i nie wrócić. Ozzy odgrażał się, że jeśli publika zwariuje, zagrają jeszcze jeden utwór.

Dość szybko muzyków wywabiono na bis. Potężny riff z „Sabbath Bloody Sabbath” przeistoczył się we wstęp do motorycznego „Paranoid”, przy którym szaleństwo i temperatura koncertu sięgnęły zenitu. Okazuje się, że utwór stworzony od niechcenia, naprędce, potrafi porwać grubo ponad cztery dekady później. To jest właśnie wielkość dobrej muzyki. Po ukłonach i rzuceniu kostek w publiczność panowie zeszli ze sceny już na dobre. Pokoncertową gorączkę, już przy opuszczaniu Atlas Areny łagodził nieco puszczany z taśmy, relaksujący „Zeitgeist”.

Kapitalny koncert. Kapitalny nie tylko dlatego, że niemalże perfekcyjny pod względem muzycznym. Był wyjątkowy także dlatego, że od wszystkich muzyków biła niezaprzeczalna radość z grania. Nikt nie był na nikogo obrażony, nikt się na nikogo nie dąsał – wręcz przeciwnie. Ozzy szalał, zachęcał do śpiewania, klaskania, skakania, udawał kukułkę (co podchwytywała sala, na co frontman stwierdzał, że „jesteście tak szaleni jak ja”),  polewał ludzi wodą z wiadra, bił pokłony Iommiemu, którego to gitarzystę nie raz i nie dwa można było przyłapać na tym, jaki jest rozpromieniony i zadowolony. Geezer dawał z siebie wszystko, gibając się i szarpiąc struny jak za najlepszych lat. Całości dopełniał nie oszczędzający ani siebie, ani zestawu perkusyjnego Clufetos. Odniosłem wrażenie, że panowie wiedzą dobrze, że nic nie muszą, niczego nie muszą udowadniać, po prostu – chcą. Cieszą się graniem i radością, jaką sprawiają swoim fanom, dodatkowo uskrzydleni wielkim sukcesem „13”. Zaskoczyło mnie też, w jak wspaniałej kondycji wokalnej był Ozzy Osbourne. Zdaję sobie sprawę, że nigdy nie miał i mieć nie będzie skali głosu takiego chociażby Dickinsona, ale przecież nie o liczbę oktaw u Księcia Ciemności chodzi. Zwyczajnie nie liczyłem, że wokalista Black Sabbath w tym wieku (66 lat!) zaśpiewa tak dobrze, solidnie radząc sobie i z tonacją, i z rytmiką. To był kolejny wielki powód do radości.

Kto nie pojawił się na tym koncercie, z pewnością ma czego żałować. Black Sabbath żegnają się z fanami w wielkim stylu. Ich ostatni album został ciepło przyjęty nie tylko przez krytykę, ale i – co najważniejsze – przez fanów, zresztą liczba ludzi w koszulkach z płonącą trzynastką niezbicie dowodziła, że ludzie ten krążek szczerze pokochali. Kolejnym powodem do miłości fanów był występ w Atlas Arenie. Nie słyszałem ani jednego głosu wśród opuszczających halę, który byłby głosem niezadowolenia. To był koncert na miarę legendy, jaką stali się dawno temu Black Sabbath. Nie mam najmniejszych wątpliwości, że zapamiętam go na całe życie.

Bardzo przyjemne uczucie, gdy marzenia się spełniają.

bilet-black-sabbath-lodz

BLACK SABBATH
ATLAS ARENA, ŁÓDŹ, 11.06.2014

SKŁAD KONCERTOWY:
Ozzy Osbourne – wokal
Tony Iommi – gitara
Geezer Butler – bas
Tommy Clufetos – perkusja

LISTA UTWORÓW:
1. War Pigs
2. Into the Void
3. Under the Sun/Every Day Comes and Goes
4. Snowblind
5. Age of Reason
6. Black Sabbath
7. Behind the Wall of Sleep
8. N.I.B.
(poprzedzone solem Geezera Butlera opartym na „Basically”)
9. End of the Beginning
10. Fairies Wear Boots
11. Rat Salad / Solo perkusyjne
(z fragmentem „Supernaut”)
12. Iron Man
13. God Is Dead?
14. Dirty Women
15. Children of the Grave
BIS
16. Paranoid
(poprzedzone przez intro „Sabbath Bloody Sabbath”)

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s