Black Sabbath „13” (2013)

13 czerwca 2013

Black Sabbath
13
(2013)
blacksabbath-131. End of the Beginning
2. God Is Dead?
3. Loner
4. Zeitgeist
5. Age of Reason
6. Live Forever
7. Damaged Soul
8. Dear Father
9. Methademic*
10. Peace of Mind*
11. Pariah*
12. Naïveté in Black**
* w wydaniu digipak
** tylko w wersji BestBuy

O przeciwnościach losu, jakie napotykały muzyków Black Sabbath przed i w trakcie nagrywania tej płyty, napisać by można cały elaborat. Najistotniejsze jest jednak to, że jeden z najważniejszych zespołów w historii wreszcie wydał nowy album – nareszcie w studiu nagraniowym spotkali się na dłużej Tony Iommi, Ozzy Osbourne i Geezer Butler, a efektem tego stała się płyta, na nadejście której – mówiąc zupełnie szczerze – już dawno temu przestałem liczyć.

Tymczasem oto rzecz niemożliwa stała się faktem – „13” wygodnie rozsiadła się na półkach sklepowych (oraz serwerach) i wygląda na to, że szybko będzie stamtąd znikać. Co więcej, stało się to dokładnie w moje urodziny (przynajmniej jeśli chodzi o polską premierę), tym samym jako miłośnik tego zespołu otrzymałem rewelacyjny prezent. Po 35 latach podchodów, nieudanych podejść i okazjonalnych zrywów Black Sabbath w niemal oryginalnym składzie zdecydowali się nagrać płytę. Niemal, bo mimo wcześniejszych zapowiedzi, z nagrywania wycofał się perkusista Bill Ward. Oficjalnym powodem były jego niespełnione żądania kontraktowe, chociaż wydaje się, że przyczyna leżała gdzieś głębiej – z wypowiedzi pozostałych muzyków Sabbath wynika, że Bill nie potrafił już nawet zagrać starych kawałków. Zresztą to nie pierwszy raz, gdy Ward zrezygnował z działalności z kolegami – kilka lat temu, mimo początkowych chęci, zrezygnował z nagrywania i koncertowania z inną odsłoną Black Sabbath: Heaven & Hell wraz z Ronniem Jamesem Dio. Producent „13”, Rick Rubin, zaproponował zastępstwo w postaci Brada Wilka (Rage Against the Machine, Audioslave). Nie będę trzymał w niepewności – mimo różnicy pokoleń, ten bębniarz wypełnił miejsce Billa idealnie. Mówiąc wprost, zagrał tak, jak najpewniej zrobiłby to oryginalny perkusista, a swoim stylem wpasował się w muzykę tak dobrze, że ani przez chwilę nie pomyślałem, że był to zły wybór. Przy okazji: świetnie, że nie skorzystano z usług Vinny’ego Appice’a – jego gra nigdy mnie nie przekonywała (no dobra, za wyjątkiem „Dehumanizer”).

Jaka jest jednak sama zawartość muzyczna „13”? Pomysłem na płytę było nagranie piosenek, które wpasowałyby się w stylistykę trzech-czterech pierwszych albumów Black Sabbath. Więcej heavy rocka, a mniej czystego heavy metalu. Idea prosta, ale zdecydowanie zadziałała. Zaczyna się potężnie: „End of the Beginning” niemalże cytuje „Black Sabbath” – najpierw Iommi wydobywa ze swojej gitary pojedyncze, złowieszcze nuty, Ozzy powoli cedzi kolejne słowa, a Wilk męczy perkusję jak niegdyś Ward. Później piosenka powoli się rozpędza, by zmiażdżyć ścianą gitar i basu (przepięknie uzupełniają się Iommi i Butler – zupełnie jak za dawnych lat! Efekt chyba lepszy, niż na „The Devil You Know”). Nie można więc nazwać tego kawałka kopią sztandarowej kompozycji z debiutu, a raczej czymś w rodzaju nawiązania do tamtej piosenki. Zresztą, silnych aluzji do starych numerów jest tutaj więcej, i pewnie tak oczywiste powiązania z klasykami mogą niektórym wydać się kontrowersyjne. Poza wspomnianym „otwieraczem” najsilniejsze skojarzenia budzi „Zeitgeist”, który najłatwiej określić jako sequel „Planet Caravan”: ten sam senny, tripowy klimat, przepuszczony przez efekt wokal Ozzy’ego i łagodna solówka na koniec nie pozostawiają wątpliwości, czyim młodszym bratem jest ów kawałek. Mało tego, nawet tekst zdaje się bezpośrednio podejmować wątek klasycznej kompozycji z „Paranoid”. „Loner” rozbujanym riffem, później przeciętym spokojną wstawką jako żywo przywołuje formułę zaprezentowaną niegdyś w „N.I.B.”. Także w „God Is Dead?” można rozpoznać echa przeszłości – po 6 minutach stonowanego, ponurego i powolnego grania (klimat trochę jak w „Just Say No to Love” z pierwszej solówki Iommiego) wchodzi riff przypominający ten z „Hole in the Sky”. Pomówiliśmy o podobieństwach i zapożyczeniach, może nawet nieco na granicy autoplagiatu, ale byłoby krzywdzące dla tego albumu, nazywając go pozbawioną finezji zrzynką z minionych dni chwały Black Sabbath.

„Trzynastkę” wypełniają bowiem kompozycje, w których dosłownie wszystko przypomina nam, za co miliony słuchaczy na świecie pokochały muzykę panów z Birmingham. Tony Iommi nie daje zapomnieć, dlaczego nazywany jest Mistrzem Riffów – wystarczy tylko posłuchać, jak miażdżące kombinacje dźwięków proponuje chociażby w „End of the Beginning” czy rozbudowanym, majestatycznym „Age of Reason” (sporo kapitalnych motywów), będącym jednym z najjaśniejszych punktów albumu, a który – choćby przez wzgląd na obecność klawiszy – może się miejscami kojarzyć z podniosłymi utworami Heaven & Hell z Dio. Kroczący „Live Forever” poza warstwą instrumentalną zachwyca refrenem, który jest jednym z najbardziej chwytliwych momentów krążka (uwielbiam, jak Ozzy akcentuje tam słowa), a „Damaged Soul” zaskakuje powrotem do heavy bluesa, jakiego w muzyce Black Sabbath ani żadnego z jego członków osobno nie było od wielu, wielu lat. Powróciła nawet harmonijka ustna Ozzy’ego!

No właśnie. Ozzy Osbourne. Wszyscy wiemy, że nie jest najwybitniejszym wokalistą na świecie, a na jego kolejnych solowych płytach coraz więcej wyśpiewywał za niego komputer, jeśli mogę to tak określić. Tymczasem na „13” Osbourne wykonał najlepszą robotę od wielu lat – z racji, iż śpiewa w najodpowiedniejszych dla siebie rejestrach, nie trzeba było go zanadto poprawiać, a przynajmniej tego nie słychać. No i, co tu dużo mówić, mimo iż jestem fanem w zasadzie każdej epoki Black Sabbath i uważam, że każdy z wokalistów tego zespołu wniósł od siebie coś wartościowego, to jednak gdy słyszę szorstką gitarę Iommiego, bulgoczący, jedyny w swoim rodzaju bas Geezera Butlera, a wespół z nimi TEN głos, mam wrażenie, że właśnie w takiej konfiguracji wszyscy ci panowie brzmią najlepiej. Właśnie wtedy czuję najmocniej, że wszystko jest dokładnie na swoim miejscu. Zwróćcie uwagę chociażby na to, jak brzmi Ozzy razem z Tonym, gdy w „End of the Beginning” śpiewa „Regeneration of your cyber sonic soul / Transformed in time and space beyond control” – mistrzostwo. Za teksty odpowiadał – jak za starych czasów – Geezer Butler, gdyż Osbourne uznał, że pisanie liryków w trakcie tej sesji niezbyt mu idzie, i jedynie inspirował basistę, np. proponując tytuł i ogólny zamysł treści (przykładowo „God Is Dead?„). Cóż, nie twierdzę, że literacko są to wyżyny, ale ewidentnie czuć stylistykę znaną z dawnych lat – prochy („Methademic”), niedostosowanie do społeczeństwa („Loner”), samotność w środku Wszechświata („Zeitgeist”), na wyróżnienie zasługuje zaś tekst „Dear Father” poświęcony, jak się zdaje, wykorzystywaniu seksualnemu dzieci przez księży. Konkretniej – dawna ofiara duchownego spowiada się u niego, planując zamordować go chwilę później… Zresztą, słowa do tego utworu jako jedyne powstały wcześniej niż na ostatnią chwilę przed nagraniami – Butler utrzymuje, że były gotowe rok wcześniej.

Zwracam uwagę na wersje deluxe – dołączona jest do nich dodatkowa płyta z 3 piosenkami (w edycji dostępnej tylko w amerykańskich sklepach BestBuy- 4), które absolutnie nie są odrzutami z sesji. To wytwórnia płytowa zadecydowała, że na krążku będzie jedynie osiem kompozycji, a reszta się rozpierzchnie po innych wydaniach. Te bonusowe kawałki wcale nie odstają od tych z podstawowego programu krążka. Wrażenie zrobił na mnie szczególnie rozpędzony „Methademic” z jednym z najpotężniejszych refrenów w historii zespołu. Jako ciekawostkę podam, że podczas sesji zarejestrowano bodajże 15 piosenek, o ile mnie pamięć nie zawodzi – obstawiam więc, że w przyszłości dostaniemy je pewnie w jakiejś wypasionej reedycji – kto wie, może wydadzą Tour Edition, wzorem ostatniej solowej płyty Ozzy’ego, „Scream”?

Po pierwszym odsłuchu kręciłem nosem. Po drugim – zacząłem wyłapywać co bardziej interesujące motywy i momenty. Po trzecim – sam nie wiem, kiedy zaraz zrobił się z niego czwarty. I od tego czasu nie umiem – ani wcale nie chcę! – oderwać się od „13”. Panowie nagrali dokładnie taki album, jakiego można było się spodziewać i jaki chciałem usłyszeć, co absolutnie nie jest wadą. To nie miał być krążek przecierający nowe szlaki – Black Sabbath rewolucję przeprowadzili ponad czterdzieści lat temu, której pokłosie możemy usłyszeć w twórczości setek formacji. „13” to album wieńczący karierę jednego z najwspanialszych zespołów w historii całej muzyki rockowej i metalowej. Po 43 latach od debiutu historia zatoczyła koło, a zakończenie „Dear Father” – którego Wam nie zdradzę – spina całą dyskografię Black Sabbath stosowną klamrą.

Piękne pożegnanie. Dziękujemy Wam, Black Sabbath!

Ocena: 9 / 10

Ciekawostki:

  • „End of the Beginning” zadebiutowało w ostatnim odcinku trzynastego sezonu serialu „CSI: Crime Scene Investigation” – pojawili się w nim zresztą sami panowie z Black Sabbath.
  • „13” miało być roboczym tytułem. No cóż, został.
  • Na „13” nie znalazł się żaden z utworów z przerwanej sesji nagraniowej Black Sabbath z okolic 2001 r.
Reklamy

Komentarze 2 to “Black Sabbath „13” (2013)”

  1. Angelizer said

    Chris, bardzo dobra recenzja. Jeszcze bardziej zachęciłeś mnie do przesłuchania nowego albumu, pomimo że nadal nie znam wszystkich klasycznych płyt. BTW widziałem, że już pojawiło się w Internecie Naivete In Black? I jak wrażenia?

  2. Dzięki! 🙂 A jeśli chodzi o „Naïveté In Black” to jest to taki całkiem dynamiczny kawałek trochę w stylu „Eating the Cannibals” – ok, aczkolwiek szału nie ma.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s