HIM „Tears On Tape” (2013)

30 kwietnia 2013

HIM
Tears On Tape
(2013)
HIM - Tears On Tape1. Unleash The Red
2. All Lips Go Blue
3. Love Without Tears
4. I Will Be The End Of You
5. Tears On Tape
6. Into The Night
7. Hearts At War
8. Trapped In Autumn
9. No Love
10. Drawn & Quartered
11. Lucifer’s Chorale
12. W.L.S.T.D. (When Love Starts To Die)
13. Kiss The Void

Ponad trzy lata po wydaniu „Screamworks” panowie z HIM nareszcie dostarczyli światu swój nowy krążek. Mając po drodze problemy natury różnorakiej (chłodne przyjęcie poprzedniego albumu, chorobę perkusisty i wyprowadzkę spod mecenatu Sire/Warnera), Finowie nie dali za wygraną. Nie związani żadnym kontraktem ani terminami, spokojnie dłubali przy nowych kompozycjach i bez wsparcia żadnej wytwórni zabukowali studio nagraniowe, wzywając na pomoc starych znajomych (wypróbowany duet Hiilesmaa/Palmer). Takie podejście wydawało się jak najbardziej pozytywne – panowie mogli skupić się na swojej robocie i zrobić to stuprocentowo według własnych założeń. Przyznaję, że po cichu liczyłem, iż dłuższa przerwa i zmiany wokół zespołu (choć na szczęście nie w nim) sprawią, że HIM zaliczą niejako nowe otwarcie. Niestety, jak zwykle oczekiwania swoje, rzeczywistość swoje. Ville Valo sprawia wrażenie Piotrusia Pana, który uparcie nie chce dorosnąć, przy okazji nie pozwalając dojrzeć muzyce HIM.

Po raz kolejny prawdziwa okazała się moja teoria himowej sinusoidy, przedstawiona przy okazji recenzowania „Screamworks” – po cukierkowym poprzedniku przyszła kolej na nagranie nieco surowszego albumu. Faktycznie, na „Tears On Tape” odrzucono większość sampli i loopów, jakimi przepełnione były ostatnim razem kompozycje Finów, zostawiając gitarowy szkielet upstrzony tu i ówdzie wyrazistym, chociaż nie wypełniającym całej wolnej przestrzeni keyboardem. Nie ma jednak mowy o tak „korzennym” brzmieniu, na jakie zdecydowano się parę lat temu na „Venus Doom”. To nadal ten sławetny „love metal”, chociaż zawsze uważałem to określenie za niezbyt trafione. Osobiście jestem przekonany, że, jakkolwiek zabawna, ale jednak trafniejsza jest dla HIM etykietka „doom pop”. Oznaczenie, które mówi wszystko i nic zarazem, a więc z perspektywy domorosłego recenzenta całkiem wygodne.

„Tears On Tape” sprawia wrażenie himowego „the best of”, tyle że zamiast starych utworów otrzymaliśmy nowe, oparte jednakże na odgrzewanych patentach i wielokrotnie już użytych schematach. I właśnie do tej zbyt daleko posuniętej zachowawczości mam najwięcej pretensji. Przykładowo już przy pierwszym odsłuchu opartego na całkiem konkretnym riffie „All Lips Go Blue”, znając po chwili refren i zwrotkę bez pudła wyobraziłem sobie, jak będzie wyglądać dalsza część piosenki. Zdaję sobie sprawę, że na ósmym krążku zespołu o wyrysowanym wiele lat temu stylu nie znajdzie się miejsce na wielką rewolucję (chociaż… chyba wszyscy pamiętamy paradajsowego „Hosta”, a była to ich siódma długograjka), niemniej jednak wrażenie nihil novi jest zbyt silne, by o nim nie wspomnieć. Co by nie mówić o poprzednich krążkach HIM, każdy wnosił choć niewielką dawkę nowości – a to konstrukcyjnie, a to aranżacyjnie. W przypadku „Tears On Tape” panowie tak jakby odpuścili jakiekolwiek kombinowanie, nie zastanawiając się, czym nowym przyprawić swoją muzykę, a szkoda, bo usłyszałem w paru miejscach na „Tears On Tape” furtkę do zrobienia czegoś nieco inaczej. Dynamiczne wstępy do „Into the Night” i „No Love” nieco skojarzyły mi się ze… stoner rockiem czy wręcz garażowym graniem! Stonerowy HIM – nigdy bym na coś takiego nie wpadł, a jednak te krótkie fragmenty, gdy prym wiedzie twardy, dynamiczny riff pozwalają żywić nadzieję, że w takiej odsłonie to naprawdę by działało!

Tym razem od biedy za novum można uznać interludia – w ilości aż czterech – ale raz, że takowe już się wcześniej pojawiły (chociaż nie indeksowane jako osobne utwory – przypomnijmy sobie outra paru kawałków na „Dark Light”), a dwa, że niewiele wnoszą one do muzyki HIM („Unleash the Red” – mocno syntetyczne, ejtisowe intro, „Trapped in Autumn” i „Lucifer’s Chorale” to średniawe ambienty, jedynie „Kiss the Void” wydaje się rzeczą całkiem na miejscu, ładnie dopełniającą „W.L.S.T.D.” i zamykającą całość). Zresztą, patrząc na czas trwania „Tears On Tape” z ich wyłączeniem (raptem niespełna 35 minut) i liczbę „właściwych” numerów (9), odnoszę brzydkie wrażenie, że wrzucono je na krążek tylko po to, by nieco rozepchać jego długość i optycznie zwiększyć liczbę pozycji na liście utworów. Po trzech latach chyba dałoby się nagrać jeszcze z jeden-dwa numery, prawda?

Gdybanie jednak niczego nie przyniesie, popatrzmy lepiej na to, co otrzymaliśmy. A poza przeszkadzajkami mamy na płycie dziewięć kawałków, które stanowią przegląd tego, co panowie robili przez poprzednich kilkanaście lat. Jeden z najmocniejszych punktów zestawu to „Into the Night”, który  – zapoczątkowany dla niepoznaki ostrą gitarową jazdą, a przechodzący w rzecz z typową himową melodyką – zaopatrzono w refren będący jakąś daleką reminiscencją „Wicked Game” Chrisa Isaaka, które zresztą pozwoliło HIM nieźle wystartować. Sam utwór chyba najbliżej odpowiada definicji „klasycznego HIM”, o ile taka w ogóle istnieje. Spokojnie można by wrzucić „Into the Night” na „Love Metal”, gdzieś w pobliżu „The Sacrament”„Love Without Tears” harmoniami wokalnymi, gitarami akustycznymi (których ogólnie na ToT sporo) i potężną dawką nieco kiczowatego liryzmu przywodzi na myśl „Deep Shadows and Brilliant Highlights”, choć bez problemu wyobraziłbym je sobie także jako element „Dark Light”. Zresztą, tytułowy utwór tego drugiego od razu przypomina się przy przesłuchiwaniu „Tears On Tape”, jakie bez żadnych wątpliwości może zostać nazwane młodszym braciszkiem „Dark Light” – słodka ballada o zbliżonej melodii, z dosładzającymi całość klawiszami i panem Valo, który przechodzi tu we właściwą sobie, melodramatyczną nadprzestrzeń. O „Deep Shadows…” przypomnimy sobie zaś jeszcze przy okazji „Drawn & Quartered”, gdzie mimo większego skomplikowania struktury kompozycji, dostajemy polukrowaną power balladę, jakie proponowano nam na rzeczonym trzecim albumie HIM. Dodajmy do tego echa „Venus Doom” w riffach „Hearts at War” i, przede wszystkim, potężnego „W.L.S.T.D.” oraz patenty podprowadzone z „Love Metal”, a wsadzone w zaraźliwy „I Will Be the End of You”. Zresztą, przy okazji tych szybszych numerów niejeden raz przychodziło mi też na myśl „Razorblade Romance” i wydaje się, że w jakimś stopniu Ville z kolegami też chcieli do niego tutaj nawiązać. A gdzie nowości, eksperymenty? Dlaczego ponownie nie dano się wykazać Lindemu, który na „Venus Doom” wycinał takie ładne solówki? Braku jakiegokolwiek zaskoczenia, absencji jakiegoś frapującego, świeżego elementu nie mogę załodze HIM podarować.

Nie mogę jednakże być również hipokrytą i zakończyć recenzję w tym miejscu, ze skwaszoną miną rozczarowanego słuchacza i zblazowanego krytyka, który wylał swoje żale, zamierza podnieść tabliczkę z oceną i zgasić światło. Nie mogę, bo mimo tych wszystkich wad, o jakich przed chwilą wspomniałem, pomimo faktu, iż nie słyszę na „Tears On Tape” serca i zaangażowania, jakiego bym się po tym zespole spodziewał (tym bardziej, że oczekiwałbym tego po najdłuższej przerwie pomiędzy płytami), to jednak tych dziewięć numerów to stary, sprawdzony HIM. Nie wywołujący już wielkich emocji, bez głodu podbijania świata (co było dobrze słychać poprzednim razem), zamknięty w swoim bezpiecznym świecie, ale nadal wypełniony chwytliwymi, przebojowymi melodiami. Co prawda numery w większości nie mają tej klasy i siły rażenia, co kiedyś, ale niech to cholera! Nadal łapię się na ten tani sentymentalizm, w jaki wepchnięto „Love Without Tears”. Pomimo świadomości, jak potworny aranżacyjnie jest numer tytułowy („Więcej lukru! zabijmy słuchaczy słodyczą!”), ciągle go słucham z myślą, że to będzie jeszcze przez jakiś czas moja ewidentna guilty pleasure. Utyskuję na schematyzm „All Lips Go Blue” i „Hearts at War”, w których mimo ciężkich, rasowych riffów panowie uparcie chodzą wydeptaną do łysego, bezpieczną ścieżką, zamiast pobiec w nieznane z wywalonym jęzorem. Utyskuję, a jednak doceniam nawiązania do „Venus Doom”, które niezmiennie pozostaje niedoścignionym świadectwem tego, że HIM mogli wydorośleć, nie tracąc swoich charakterystycznych elementów. Zmarnowaną szansę na nowego, dojrzalszego HIMa wyraźnie słyszę w „W.L.S.T.D.”, gdzie panowie pokazali, że mogą rozbujać sabbathowym riffem (swoją drogą, może się skojarzyć z… „Piłem z diabłem bruderschaft” rodzimego Mecha), pochwycić potężnym refrenem z Valo w trybie barytonowym („Mam kaca, wypaliłem dwie paczki fajek, więc czas na nagrywanie wokali”) i dobić ekspresyjną, wykrzyczaną końcówką. A wszystko to z głębokim ukłonem w stronę Type O Negative i nieodżałowanego Petera Steele.

I właśnie dlatego ocena „Tears On Tape” jest jedną z bardziej problematycznych w mojej „karierze” recenzenta. Bo z jednej strony fajnie, że znów bardziej gitarowo, nadal urokliwie, z drugiej nuda, że wszystko to już, panie, słyszeliśmy tysiąć pińćset razy, i to nierzadko w lepszej wersji. HIM zamiast wielkiego comebacku postawili fanom na stół odgrzane w mikrofalówce ciepłe kluski, kiszące się wcześniej w zamrażarce, zamiast rozkręconych na full pieców Marshalla włączyli starego, dobrze zachowanego kaseciaka, któremu szczęśliwie jeszcze nie pierdzą głośniki, a zamiast przewidywanej orgii dźwięków zaoferowali grzeczne mizianie po uszku. Niby nie jest źle, nawet dość przyjemnie, ale chciałoby się więcej, mocniej, ostrzej i lepiej. Mam nadzieję, że moja teoria sinusoidy następnym razem zawiedzie i doczekamy się kolejnego albumu wypełnionym jeszcze lepszymi melodiami z rockowym entouragem, z jedną wszakże różnicą. Niech panowie dokończą to, co zaczęli na „Venus Doom”. Adolescencję.

PS. A ocena „Tears On Tape”? To tylko numerek dla orientacji. Fani niech się nie wahają i sięgną po krążek (jak lubią matematykę, niech sobie dodadzą do widocznej poniżej cyferki jeden punkt), a ci, którzy wcześniej nie dostrzegli w HIM nic interesującego, niech sobie tę płytę odpuszczą. Ewidentnie nie została nagrana, żeby zyskać nowych himowych wyznawców, a raczej by ci, którzy trwają z zespołem tyle lat, mieli uzasadnienie, by pozostać przy nim nadal.

Ocena: 6 / 10

Ciekawostki:

  • W pierwszych zapowiedziach „W.L.S.T.D.” jeszcze nosiło tytuł „When Love Starts To Die”. Czyżby Valo się powstydził, ile razy użył ‚love’ w tytułach na jednym, niedługim krążku, i wstydliwie to usiłował zamaskować? 😉
  • Riff do „W.L.S.T.D.” przyszedł do głowy Villemu w taksówce. Podobno nucił go w kółko ze 20 minut, z racji iż nie miał dyktafonu, a jak tylko trafił na salę prób, pobiegł do gitary i zagrał rzeczony motyw.
  • Artwork, w tym okładkę, wykonał Daniel P. Carter – dziennikarz, przyjaciel zespołu, a także członek Bloodhound Gang.
  • Co do tajemniczych znaczków na okładce – zapisano pismem Malachim następujące słowa: „Tears on tape / I will follow into your heart / sketching rain from afar / tears on tape / she surrenders needle in arm while we dance into the storm”. Jak nietrudno się domyślić, to słowa z utworu tytułowego (dokładniej – z refrenu).
  • Album ma aż 3 dystrybutorów (Europa – Universal, USA – Razor & Tie i UK – Cooking Vinyl) i promują go 3 single („Tears On Tape”, „Into the Night” i „All Lips Go Blue” – do każdego powstał teledysk).
  • Istnieje też wersja deluxe albumu (z dodatkowym DVD z paroma starszymi kawałkami na żywo – Valo „trochę” zarżnął część z nich), a także dostępna wyłącznie w sieci wersja fanowska, z dołączonym specjalnym wydaniem Metal Hammera wyłącznie o HIM, gdzie kilka słów od siebie dorzucił m.in. Dani Filth, wokalista Cradle of Filth, a prywatnie kumpel Villego.
Reklamy

komentarzy 8 to “HIM „Tears On Tape” (2013)”

  1. LimaK said

    Wszystko co miałem do powiedzenia na temat „Tears on Tape” już w zasadzie powiedziałem na HIM Poland więc nie będę się rozpisywać. Album dobry (będę się upierać). Utwory takie jak „W.L.S.T.D.”, „Hearts at War” czy „Love Without Tears” spokojnie zmieściłbym na albumie z najlepszymi utworami (nie mylić z „The Best Of” czyli hiciorami). Ciągle nie pasują mi przeszkadzajki. Intro i Outro jeszcze ujdą, nawet fajnie się ich słucha ale reszta jest tak jak mówi Hemulen, prawdopodobnie dla zapełnienia albumu :/

    Ville Valo w wywiadzie dla magazynu „Teraz Rock” i wielu innych powiedział, że „Tears on Tape” jest jakby drugą częścią „Love Metal” więc nie może dziwić podobieństwo tych krążków. Może chłopaki nie mają już zbytnio pomysłu na urozmaicenie swej muzyki? Nie wiem… Mnie osobiście cieszy powrót do dawnego, fajnego grania (ukłon w stronę dawnych fanów).

    Moja ocena to: Waham się między 7,5 a 8/10

  2. Fakt, Valo wspominał o „Love Metal” niejednokrotnie przy okazji rozmowy o ToT, ale moim zdaniem temu drugiemu brakuje atmosfery, nie kombinowano też z aranżacjami, co miało miejsce na LM. Tam naprawdę sporo się działo na drugim planie.

  3. Angelizer said

    Jak wiesz Chris, nie jestem jakimś szczególnym miłośnikiem HIM, ot lubię 3 płyty (debiut, Love Metal, Venus Doom) i nowy krążek jest moim zdaniem bardzo rozczarowujący, bo moim zdaniem wcale tak bardzo nie odbiega od słabej poprzedniczki. Do tego schematyczność konstrukcji piosenek, linii wokalnych czy części riffów jest dla mnie po prostu irytująca. Nie zgodzę się z zachwytami nad „Into The Night”, natomiast „All lips…”, „No Love” i W.L.S.T.D to rzeczywiście udane, sympatyczne numery. Moim zdaniem po tym albumie słychać, że panom się po prostu specjalnie nie chciało, naprawdę obcując z „ToT” nie potrafię usłyszeć jakiegoś większego zaangażowania czy udowodnienia słuchaczom czy krytykom czegokolwiek. Jak dla mnie 4/10 😉

  4. Miło widzieć Twój komentarz, Count 🙂

    W sumie nie będę polemizował z Twoją oceną, bo na kogo HIM niezbyt działa, raczej wiele w tym albumie nie dojrzy i w pełni to rozumiem 😉 Zresztą, samemu zastanawiałem się przy werdykcie między 5 – 5,5 – 6, także nawet jako wieloletni fan nie byłem szczególnie zachwycony. Jeśli panowie następnym razem będą podchodzić do tworzenia w taki sposób, jak na ToT, to będę w przyszłości jeszcze mniej wyrozumiały 😉 Liczę, że jednak zdobędą się jeszcze na jakieś nowalijki, byłoby szkoda, gdyby klepali już tylko podobne do siebie albumy, bez chęci na jakiekolwiek eksperymenty.

  5. Angelizer said

    Spoko, lubię czytać Twoje recenzje bo są naprawdę dobrze uargumentowane i tworzone na bardzo wysokim poziomie. Do tego w znacznej części lubimy te same zespoły, więc tym milej się czyta 😉 liczę na coś nowego niebawem!

  6. Monika said

    Bardzo ciekawa i wyczerpująca recenzja! Dopiero „odkryłam” Twój blog i zauważyłam, że napisałeś też recenzje innych płyt HIM oraz oceniłeś wysoko mój ukochany Love Metal 😉

    Jeśli chodzi o „Tears on Tape”, to krótko mówiąc mi się ta płyta bardzo podoba, choć raczej nie zostanie moją ulubioną, jeśli chodzi o ich dyskografię. Może nie prezentuje nic nowego, może chłopaki powinni się bardziej postarać, ale nic, co do tej pory nagrali mnie nie rozczarowało (najmniej lubię „Screamworks…”, ale chyba nie tylko ja).

    Przebojowe melodie, fajne riffy, teksty o miłości i śmierci – to cały HIM. Przyczepiłabym się do tych interludiów, bo takie rzeczy mnie irytują, a to, że zaserwowali nam „odgrzewane kluski”, zbytnio mi nie przeszkadza, bo ogólnie dobrze mi się tego słucha (w ucho wpadły mi szczególnie I Will Be The End Of You, Drawn & Quartered i W.L.S.T.D) i bardzo się z tej płyty cieszę.

    Moja ocena to powiedzmy 7/10. Jednocześnie zapraszam na swój blog, gdzie też własnie tę płytę opisałam. Czekam na kolejne recenzje i zabieram się do czytania wcześniejszych 😉

  7. mała said

    już tyle negatywnych komentarzy na tema Tears on Tape się naczytałam że ******* je dla mnie ten krążek jest Po Prostu Perfekcyjny a pomysł z tymi przerywnikami w postaci interludiów jest świetny zawsze to wnosi coś innego świeżego dziękuję za uwagę

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s