KAT & Roman Kostrzewski „Biało-czarna” (2011)

19 kwietnia 2011

KAT & Roman Kostrzewski
Biało-czarna
(2011)
1. Bara
2. Maryja Omen
3. Szkarłatny wir
4. Diabelski dom cz. IV
5. Milczy trup
6. Wolni od klęczenia
7. Kupa świąt
8. Bieluń
9. Z boskim zyskiem
10. Kapucyn zamknął drzwi

Powiedzmy sobie szczerze – KAT z Henrym Beckiem nie wypalił. Po trasie promującej album „Mind Cannibals” zespół zamilkł i poza paroma krótkimi wiadomościami od Piotra Luczyka nie daje od kilku lat żadnego znaku życia. Za to drugi KAT, ten ze współzałożycielem oryginalnego, Irkiem Lothem, oraz – przede wszystkim – Romanem Kostrzewskim od momentu powstania w 2004 r. regularnie występuje, ma już za sobą koncertowe DVD („Życie po życiu”, 2007 r.), teraz zaś wreszcie przygotował krążek studyjny. Chyba nie trzeba tłumaczyć, który z KATów zyskał większą aprobatę słuchaczy, kto wyszedł z konfliktu obronną ręką, a kto nie. Pytaniem pozostawało, czy Kostrzewski i Loth są w stanie stworzyć płytę pod legendarnym szyldem bez udziału głównego kompozytora wszystkich klasycznych płyt zespołu, Piotra Luczyka.

Okazuje się, że są w stanie – po wielu, wielu opóźnieniach „Biało-czarna” nareszcie pojawiła się na sklepowych półkach, chociaż wielu zaczęło powątpiewać, czy owa płyta w ogóle kiedykolwiek się ukaże. Następne pytanie zatem brzmi – czy jest to album na miarę otoczonych w Polsce autentycznym kultem dokonań KATa z lat 80. i 90.? Zacząć trzeba przede wszystkim, że muzyka – stworzona głównie przez gitarzystę Krzysztofa Pisteloka i Romana Kostrzewskiego – przeszła od tamtego czasu pewną metamorfozę. Przede wszystkim KAT na „Biało-czarnej” więcej ma wspólnego z heavy metalem niż z thrashem, aczkolwiek nie oznacza to jakiegoś uproszczenia kompozycji – są po prostu nieco inaczej skonstruowane. Powiedziałbym, że bliżej tutaj do „Róż miłości…” aniżeli „Bastarda” czy „Oddechu wymarłych światów”. W większości utwory są długie, masywne, ze zmianami tempa (chociaż bez bastardowych połamańców), nie ma sensu szukać w nich także jakichś elementów, które mogłyby służyć kokietowaniu szerszej rzeszy słuchaczy. Wręcz przeciwnie – płyta jest wymagająca i potrzeba sporo czasu, by przebić się przez dość skomplikowane kompozycje oraz surową i, niestety, pozostawiającą sporo do życzenia produkcję. Nie znajdziemy tutaj za wiele szaleńczych jazd, większość kawałków opiera się przede wszystkim na średnich tempach. Sporo się jednak w ich obrębie dzieje – czy w dynamicznym „Maryja Omen”, czy w majestatycznej, czwartej już części „Diabelskiego domu” (minimalnie chyba jednak za długiej), czy też w robiącym wrażenie, zamykającym numerze „Kapucyn zamknął drzwi” – od wstępu kojarzącego się z kościelną procesją, przez potężny, walcowaty środek, aż po podniosłą końcówkę. Nie zabrakło też – swoją drogą najkrótszej na płycie – ballady, a mowa o „Wolnych od klęczenia”. Nie będę czarować, że jest w stanie zapaść w pamięć tak, jak to robiły „Purpurowe gody” czy „Łza dla cieniów minionych”, lecz muszę jednocześnie ze szczerością przyznać, że niejednokrotnie łapałem się na nuceniu „Skrzydlaty święty w klasie zdjęty…”, a to świadczy, że kawałek jest mocno zaraźliwy, prawdopodobnie najbardziej ze wszystkich zawartych na „Biało-czarnej”. Zresztą, wciągają także inne numery: „Milczy trup” i „Z boskim zyskiem” mają szansę zagościć na dłużej w koncertowym repertuarze grupy. Nie brakło też na krążku utworu instrumentalnego („Bieluń”, nawiązujący nieco do KATa późnych lat 80., a w konsekwencji – do wczesnej Metalliki), a także quasi-instrumentalnego („Bara”, z krótką, silnie przetworzoną partią Romana), chociaż ten drugi robi raczej przeciętne wrażenie.

Nie sposób osobnego akapitu poświęcić duszy i głosowi KATa, czyli Romanowi Kostrzewskiemu. Nie da się ukryć, że upływ czasu odcisnął na jego wokalu silne piętno. Próżno szukać na „Biało-czarnej” szalonych, histerycznych partii z wchodzeniem w „górki”, jakie pamiętamy ze starych płyt. Głos Romana jest niższy, o wiele bardziej chropawy i stonowany – niestety, ludziom otrzaskanym z klasycznym dorobkiem KATa będzie potrzebna chwila, by zaakceptować fakt, że nie ma już nieobliczalnego „Romana-szatana”, z łatwością przechodzącego od ryku w liryczny śpiew. Nie oznacza to jednak, że wokal jest zły – jest zwyczajnie inny. To mimo wszystko Kostrzewski, charyzmatyczny weteran, który pomimo pięćdziesiątki na karku potrafi roztoczyć za pomocą swoich interpretacji niepowtarzalną atmosferę, który pomimo zmian w swoim głosie nadal jest w stanie osiągnąć nim zamierzony sobie efekt. Także w kwestii tekstów nie ma mowy o złagodzeniu obyczajów niepokornego lidera KATa. Tutaj nic się nie zmieniło – kler obrywa aż miło, dostaje się i pewnej toruńskiej rozgłośni („Maryja Omen”), pedofilom w sutannach (wybitnie jadowity „Kapucyn zamknął drzwi”), Roman nie omieszkał napiętnować też polskiej mentalności („Z boskim zyskiem”), a wszystko to w znanym, charakterystycznym stylu – sformułowania w rodzaju „dla mnie ksiądz to wesz / na jajach obcy zwierz” czy „rozum z głowy won / Bozi trzeba dać / bo to polska rzecz / lanie wody świętym cyckiem” od razu nakierowują nas, kto jest ich autorem. Nie muszę też chyba dodawać, jak to dobrze znów usłyszeć KATa po polsku.

„Biało-czarna” to płyta, która nie podoba się od razu. Najpierw coś chrzęści, uwiera, coś nie pasuje, kompozycje nie wchodzą zbyt gładko, produkcja nieco odstręcza. Brakuje też gitarzysty z taką wyobraźnią i techniką, jakim był na płytach KATa Piotr Luczyk. Po pewnym czasie okazuje się jednak, że to wartościowy materiał, którego nie chce się wyjmować z odtwarzacza. Wystarczy tylko trochę cierpliwości. Długo trzeba było czekać, ale opłaciło się. Z pełnym przekonaniem mogę powiedzieć, że nie ma KATa bez Romana. I już teraz proszę o jeszcze.

Ocena: 7 / 10

Advertisements

komentarze 4 to “KAT & Roman Kostrzewski „Biało-czarna” (2011)”

    • Ha, widzę, że pewne kwestie się pokrywają z moją recenzją. Pewnie gdybym miał pisać o tej płycie tydzień temu, też dałbym 6/10, ew. 6.5/10, ale postanowiłem trochę poczekać i odsłuchać ją jeszcze parę razy. KATuję „Biało-czarną” od ponad dwóch tygodni dzień w dzień i mogę powiedzieć, że płyta mi się podoba, co też zostało wyżej opisane. Faktycznie do klasyki jako całość startu nie ma, zgadzam się z Dunajem, że pierwsze 3 kawałki nie powalają tak, jak powinny, głównie taka sobie „Bara” (gdzie im do ‚trójcy’ z „Bastarda”), ale mimo wad albumu dobrze się słucha. Pewnie czas zweryfikuje ocenę, ale Kostrzewski z ekipą dali radę, zdecydowanie lepszy taki KAT, niż ten z Henrym Beckiem.

  1. Góral said

    Bardzo trafna recenzja. Nie zgodziłbym się z porównywaniem jej do heavy, i ogólny wynik osobiście też bym trochę podniósł ale widać że autor wchłonął ją solidnie, jakbym czytał własne myśli :))

  2. arek said

    kat sie skonczył – teraz to coverband , kompozycje nie prtzypominają starego kata a słuchać wycia kostrzewskiego juz po prostu dłużej nei zniosę – dla mnie 1/ 10

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s