Cradle of Filth „Darkly, Darkly, Venus Aversa” (2010) + SE

1 grudnia 2010

Cradle of Filth
Darkly, Darkly, Venus Aversa
(2010)
1. The Cult Of Venus Aversa
2. One Foul Step From The Abyss
3. The Nun With The Astral Habit
4. Retreat Of The Sacred Heart
5. The Persecution Song
6. Deceiving Eyes
7. Lilith Immaculate
8. The Spawn Of Love And War
9. Harlot On A Pedestal
10. Forgive Me Father (I Have Sinned)
11. Beyond Eleventh Hour

Gdy dwa lata temu Cradle of Filth wydali „Godspeed On The Devil’s Thunder”, było kilka powodów, by otwierać szampana ze szczęścia. Po dwóch poprzednich krążkach będących wyrazem poszukiwań zespołu po ambitnym „Damnation and a Day”, Dani z kolegami doszli do słusznego skądinąd wniosku, że choć w różnych wcieleniach wypadają nieźle, to jednakże we własnej skórze czują się najlepiej, co postanowili udowodnić mroczną i nad wyraz udaną opowieścią o Gillesie de Rais.„Darkly, Darkly, Venus Aversa”, kolejny punkt w ich bogatej dyskografii nie zmienia zasadniczo tych założeń, poza jednym – jest szybciej, ciężej, słowem: jest tutaj wszystkiego „bardziej”.

Jest szybciej, bo postanowiono wyeksploatować perkusistę Martina Skaroupkę chyba do granic jego możliwości – choć „Godspeed…” było szybkim, dynamicznym albumem, to jednak tempo narzucone na „Darkly, Darkly, Venus Aversa” jest już wręcz obłędne – począwszy od „The Cult of Venus Aversa” z ultraszybkimi blastami i żonglerką tempami Cradle of Filth gna tak, jak nigdy dotąd, szybkość z jaką atakują takie utwory, jak „The Nun With The Astral Habit”, „Retreat of the Sacred Heart” czy „Deceiving Eyes” może zaskoczyć, bo choć agresji czy ekstremy prawie nigdy w ich muzyce nie brakowało, to jednak od dawna nie dostaliśmy jej w takim stężeniu. Inna sprawa, że odbyło się to kosztem budowania atmosfery – ekstremalną młócką wytłuczono nieco gotycki, mroczny klimat, jakiego było pod dostatkiem na poprzedniku, nie mówiąc o klasykach w rodzaju „Dusk And Her Embrace” czy „Midian”. Podoba mi się za to, że „Darkly…” nie potrzebuje czasu na rozkręcanie się, jak to było na „Godspeed…”, gdzie robiło się naprawdę niezwykle dopiero w okolicach końcówki „Tragic Kingdom”; tutaj po krótkiej introdukcji z klawiszami jako żywo mającymi przywołać „Dusk…” i damskiej recytacji od razu dostajemy kopa w twarz blastem, gitarami i piskiem Daniego, i taki stan rzeczy utrzymuje się niemal przez cały krążek – wyjątkiem jest tutaj ewidentnie napisany pod singiel „Forgive Me Father (I Have Sinned)” z Danim śpiewającym w refrenie melodyjniejszym, czystszym wokalem, licznymi żeńskimi partiami i sporą dawką przebojowości. Inna sprawa, że utwór zbytnio odcina się od reszty kompozycji, brzmi trochę jak jakaś ekstremalna wersja HIM, i psuje nieco atmosferę całości – wydaje się, że lepszym miejscem dlań byłby dodatkowy krążek edycji specjalnej. Cała reszta silnie zakorzeniona jest w cradle’owej, klasycznej stylistyce – kompozycje gnają do przodu („Harlot on a Pedestal”), czarują urokliwymi zwolnieniami („The Spawn of Love and War”, brzmiący jak żywcem wyjęty z „Cruelty and the Beast”), złożonością (wielowątkowy „Deceiving Eyes”, z genialną zagrywką gitarową w refrenie, zaczynający się jednak dla zmyłki thrashowym riffem rodem z „Thornography”), nie zapomniano też o duecie damsko-męskim („Lilith Immaculate” ze świetną melodeklamacją Lucy Atkins, czy „Forgive Me Father…”) czy o czymś spokojniejszym („The Persecution Song”, jednakże z kosmicznym przyspieszeniem w środku). Dużym plusem jest fakt, że nie ma tutaj zbyt długich kompozycji, żaden z utworów się nie dłuży, a w ich obrębie dzieje się naprawdę sporo, zdecydowanie więcej, niż na poprzednich kilku albumach, co w rezultacie sprawia, że na rozgryzienie całości potrzeba nieco więcej czasu. Pojawia się tutaj też znacznie więcej klawiszy – oprócz orkiestracji, za które odpowiada Mark Newby-Robson, sporo partii dodała od siebie zdolna pianistka Ashley Ellyllon. Zaskakuje też ilość gitarowych solówek, z których największe wrażenie robi brawurowa partia w „Forgive Me Father (I Have Sinned)”.

Osobny akapit należy poświęcić kondycji wokalnej pana Filtha. Powiedzmy sobie to szczerze – powrót do ultrawysokich rejestrów z „Midian” czy „Damnation and a Day” jest już raczej niemożliwy, przez lata głos Daniego się obniżył i zwyczajnie nieco zmienił, przez co na „Darkly, Darkly, Venus Aversa” nie usłyszymy już zbyt wielu partii w wysokich rejestrach, a te które tu zawarto, nie są już tak efektowne, jak kiedyś – nie znaczy to jednak, że brzmią źle (np. zwrotka w „The Nun With The Astral Habit” wypada przecież dobrze). Teraz wokalista porusza się w niższych tonach, więcej tutaj specyficznego zaśpiewu, będącego czymś pomiędzy skrzekiem a „czystym” głosem, drastycznie ograniczono też nietoperzowe piski, które jednak same w sobie brzmią przyzwoicie. Warto jednak podkreślić, że nie ingerowano zbytnio w wokal za pomocą studyjnych sztuczek – głos Daniego brzmi bardzo organicznie, bez zasłaniania się milionem efektów czy nakładek. Wokal na „Darkly…” jest autentyczny, tak dzisiaj brzmi frontman Cradle of Filth. I choć narzekać w tym miejscu nie zamierzam, to mały żal i tęsknota za „starymi, dobrymi czasami” gdzieś się jednak u mnie pojawiają.

Mówiąc o muzyce Kolebki Plugastwa nie sposób pominąć warstwy tekstowej. „Darkly, Darkly, Venus Aversa” to czwarty już concept album zespołu. Tym razem Dani zdecydował się opowiedzieć nam historię Lilith, pierwszej żony biblijnego Adama, która za nieposłuszeństwo wobec męża i Boga została wygnana z raju. Po tysiącach lat powraca na ziemię, by zemścić się za wieki banicji. W przeciwieństwie do poprzednich historii (Elżbiety Batory, Lucyfera i Gillesa de Rais), ta w całości powstała w głowie frontmana CoF; na „Darkly…” nie trzymał się już żadnych literackich czy historycznych tropów (choć takowe się pojawiają), stworzył coś na wzór opowieści Kinga Diamonda, lecz we właściwy tylko sobie sposób. Radzę się więc nastawić na bluźniercze rytuały, seks, morderstwa i gotycki klimat – po raz kolejny pan Filth nie zawiódł i dostarczył wciągającą opowieść, jakiej znajomość z pewnością nada słuchaniu tego albumu dodatkowego uroku. Nie byłbym jednak sobą, gdybym trochę tutaj nie ponarzekał – album miał być przesiąknięty kobiecym pierwiastkiem, tymczasem Lilith pojawia się tutaj bardzo rzadko, a szkoda, bo Lucy Atkins w jej roli brzmi przekonująco  – potrafi zaśpiewać i słodko („Forgive Me Father…”), i zadeklamować w intrygujący sposób nieco niższym, aksamitnym głosem (wstęp do „Beyond Eleventh Hour”, zaś moment z „Come closer, what have you to say? Black cat got your tongue?” to już geniusz). Przypominając sobie, jak budowano kobiecą atmosferę na „Cruelty and the Beast” (deklamacje, mnogość żeńskich harmonii wokalnych oraz melodyjnych, solowych partii nadających kompozycjom pewnej delikatności) trzeba przyznać, że na „Darkly…” nie wyszło to tak, jak wyjść mogło.

To wszystko to jednak czcze gadanie. „Darkly, Darkly, Venus Aversa” to kolejny album Cradle of Filth, który sprawi masę radochy miłośnikom ich pomysłu na tworzenie muzyki. Po pozbyciu się zachowawczości cechującej jeszcze część materiału z „Godspeed…” (odliczając jednak nieszczęsne „Forgive Me Father…”) i dzięki pełnemu powrotowi do wypróbowanej formuły horrorów opakowanych w ramy ekstremalnego metalu wydaje się, że ten zespół przeżywa drugą młodość. Zaprawdę, wampiry z Suffolk muszą spożywać duże ilości dziewiczej krwi, żeby po tylu latach nadal zachowywać taką świeżość i wigor.

Ocena : 7 / 10

Edycja Specjalna
(2010)
CD1:
Darkly, Darkly, Venus Aversa
CD2
1. Beast Of Extermination
2. Truth & Agony
3. Adest Rosa Secreta Eros*
4. Mistress From The Sucking Pit
5. Behind The Jagged Mountains
6. The Cult Of Venus Aversa (Demo)*
7. The Nun With The Astral Habit (Demo)*
8. Deceiving Eyes (Demo)*
* w Fan Edition Boxset

Dwudyskowa edycja specjalna prezentuje się naprawdę ładnie. Solidny mediabook i książeczka z papierem odpowiedniej jakości i grubości robią lepsze wrażenie, niż analogiczne wydanie poprzedniego krążka. Jakie ciekawostki czekają na posiadaczy tej edycji? „Beast of Extermination” to utwór powstały jeszcze podczas sesji nagraniowej do „Godspeed On The Devil’s Thunder”, i da się to wyczuć w konstrukcji utworu i samym brzmieniu. Mamy tutaj i fajne wejście chóru w refrenie, przyzwoitą solówkę oraz megachwytliwy motyw gitarowy chwilę za nią. Wydaje się, że jest to najmocniejszy punkt zestawu bonusowych numerów. „Truth & Agony” znacznie bliższy jest już konwencji zaprezentowanej na „Darkly, Darkly, Venus Aversa”, a więc całość gna do przodu jak szalona, sporo tutaj orkiestracji, zwraca też uwagę dość dziwnie zaśpiewany refren. „Mistress from the Sucking Pit” rozpoczyna się od klasycznie brzmiącej, świetnej partii fortepianu, na której oparto też część właściwej części kompozycji. Kawałek przywodzi nieco na myśl bardziej rozbudowane utwory z „Nymphetamine” i wydaje się, że niestety chwilami trochę ten numer nuży – siedem minut to w jego wypadku trochę za dużo. Podniosły „Behind The Jagged Mountains” rozpoczyna się od riffu, który kojarzy się raczej z mroźną Norwegią, a nie z Cradle of Filth, lecz po chwili wszystko wraca na swój tradycyjny, filthowy tor, z licznymi zmianami tempa i – zgadnijcie – chwytliwym, patetycznym refrenem. Tyle, jeśli chodzi o standardową edycję specjalną. Na rynku pojawiła się też wersja bogatsza, oznaczona jako „Fan Edition Boxset”, gdzie znalazły się jeszcze cztery bonusowe kompozycje. „Adest Rosa Secreta Eros” jest czymś pomiędzy instrumentalnym, gitarowym kawałkiem, a „normalną” kompozycją, bowiem mimo, iż nie mamy tutaj tradycyjnego wokalu Daniego, to jednak pojawia się sporo deklamacji pana Filtha, recytującego parę wyjątków z „Księgi Prawa” Aleistera Crowleya, w jednym miejscu pojawia się nawet firmowy pisk. Generalnie jednak kawałek robi mniejsze wrażenie, niż „A Thousand Hands on the Maid of Ruin” z edycji specjalnej „Godspeed…”, mnie na kolana nie rzucił, chociaż trzeba przyznać, że w ten sposób do swojej muzyki Cradle wcześniej nie podeszli. Poza tym w edycji fanowskiej albumu zawarto też trzy wersje demo: „The Cult of Venus Aversa” z wysuniętymi bardziej naprzód gitarami i bez chórów brzmi jeszcze bardziej blackowo i agresywnie, niż jego ostateczna odsłona, „The Nun With The Astral Habit” i „Deceiving Eyes” nie różnią się już tak znacznie od swoich właściwych wersji, ale i tak całkiem miło słucha się ich w takiej nieoszlifowanej formie. Podsumowując całość, piosenki z wersji specjalnej prezentują się dobrze, na tyle, że mogłyby się znaleźć w podstawowym programie płyty – nie ma powodów do kręcenia nosem.

Ciekawostki:

  • Tytuł płyty miał brzmieć „Venus Aversa” (określenie Lilith jako przeciwieństwa bogini Wenus), ale z racji, iż Dani przyjaźni się z Ville Valo, a jeden z albumów HIM nazywa się „Venus Doom”, to aby uniknąć podobieństwa, dodano „darkly, darkly”. Ja ze swej strony spytam – a nie mogło jednak zostać po staremu?
  • „Venus Aversa” to również określenie seksu analnego.
  • W wyniku błędu w notce prasowej pierwotnie podawano, że krążek będzie się nazywać „All Hallows Eve”. Pomyłka wynikła z faktu, że album miał być wydany w okolicach Halloween.
  • 11 to liczba Lilith, i dlatego też tyle kompozycji zawarto na albumie.
  • To pierwszy pełnometrażowy krążek Cradle of Filth, który nie posiada ani jednego utworu instrumentalnego.
  • Album zadedykowano pamięci przyjaciela zespołu, Petera Steele (frontmana Type O Negative), który zmarł w kwietniu 2010 r.
  • Do roli Lilith była brana pod uwagę pewna francuska wokalistka pop, jednak, jak twierdzi Dani, wokale brzmiały trochę po cygańsku, i nie pasowały do albumu. Lilith została, drogą eliminacji, Lucy Atkins, żona Scotta Atkinsa, producenta i realizatora „Darkly…”. Dani wspomniał, że w roli demonicy słyszał też aktorkę Asię Argento.
  • Skrótowiec tytułu „Adest Rosa Secreta Eros” to ARSE, czyli po angielsku dupa, co według Daniego ładnie koresponduje z nazwą płyty.
  • Dani nie planował concept albumu. Na pomysł historii o Lilith wpadł, pisząc tekst do „Deceiving Eyes”, i zdecydował się opowiedzieć o niej we wszystkich piosenkach. Bonusowe utwory nie wchodzą jednak w skład opowieści.
  • „Beast of Extermination” to tytuł zaczerpnięty z jednego z rozdziałów książki A.L. Vincenta i Clare’a Binnsa o Sinobrodym, którego pierwowzorem był Gilles de Rais (ciekawskich odsyłam tutaj). Sama piosenka nie nawiązuje jednak bezpośrednio do historii przedstawionej na „Godspeed…”.
  • W sklepie iTunes do albumu dodana jest dwuminutowa introdukcja od Daniego, w której zapowiada album. Oględnie mówiąc, wyszło to słabo.
Reklamy

komentarze 2 to “Cradle of Filth „Darkly, Darkly, Venus Aversa” (2010) + SE”

  1. JestemCzlowiekiem.Wordpress.Com said

    Dobra recenzja. Bardzo wyczerpująca.

  2. Borellus said

    Jak zwykle świetna recenzja 🙂 Płyta jest ok, ale wciąż mam nadzieję, że kiedyś powstanie coś na wzór „Midian” lub „Damnation and a Day”. Przynajmniej muzycznie, bo jak sam zauważyłeś, wokal Daniego po prostu się zmienił na przestrzeni lat.
    Muszę jeszcze stanąć w obronie kawałka „Forgive Me Father…” – Faktycznie bardzo nie pasuje do całości. Mimo to stał się jednym z moich ulubionych utworów CoF. Chyba słucham go najczęściej na tej płycie. Sam nie wiem dlaczego 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s