Dimmu Borgir „Abrahadabra” (2010)

8 października 2010

Dimmu Borgir
Abrahadabra
(2010)
1. Xibir
2. Born Treacherous
3. Gateways
4. Chess With The Abyss
5. Dimmu Borgir
6. Ritualist
7. The Demiurge Molecule
8. A Jewel Traced Through Coal
9. Renewal
10. Endings And Continuations

Powiedzmy sobie otwarcie – muzycy Dimmu Borgir (a więc trio Shagrath – Silenoz – Galder) chcieli, czy wręcz musieli sobie coś udowodnić pod odejściu klawiszowca Mustisa i basisty/wokalisty Vortexa. Zapewne ich celem było pokazanie światu, że nawet po wyrzuceniu tak wpływających na ich styl członków są w stanie stworzyć coś wielkiego, że ojcowie sukcesu kapeli to właśnie oni, nikt inny. Jak tego zamierzali dokonać? W gruncie rzeczy w najprostszy sposób – nawiązując do „Puritanical Euphoric Misanthropia” i „Death Cult Armageddon”, a więc albumów, które fanom kojarzą się najlepiej, i jakie uznawane są za najlepsze osiągnięcia tego norweskiego zespołu.

Zaproszono zatem całą armię gości – przede wszystkim Norweską Orkiestrę Radiową (Kringkastingsorkesteret) oraz chór Schola Cantorum, by stworzyć – jak to określili muzycy Dimmu –  najbardziej bombastyczny album black metalowy w historii. Istotnie, orkiestracje imponują, trudno nie być oczarowanym rozmachem przedsięwzięcia już od symfonicznej introdukcji „Xibir”. Zdecydowanie więcej tutaj orkiestrowych partii, niż kiedykolwiek wcześniej, w każdym numerze Kringkastingsorkesteret ma sporo miejsca na swoją część, chociaż na ogół odbywa się to kosztem metalowego wygrzewu – gitary zepchnięto na bok tudzież w tył bądź ich partie są wręcz symboliczne.  Wszystko po to, by nacieszyć ucho grą zaproszonych symfoników. Trudno wyszczególnić tutaj kompozycje, gdzie byłoby orkiestracji mniej lub więcej, bo w każdym utworze jest ich masa, ale chyba najbardziej rzucają się w uszy w podniosłym, wręcz do bólu patetycznym „Dimmu Borgir”. Wgniata on w fotel potężnymi chórami i wejściami orkiestry, jakie kojarzyć się mogą z dokonaniami… Nightwish, co w gruncie rzeczy samo w sobie złe nie jest, bo przecież ci Finowie wiedzą, jak wykorzystać na swoich płytach prawdziwą symfonię w należyty sposób. Świeżo wypada duet Shagratha z Agnete Kjølsrud w „Gateways”, gdzie wokalistka popisała się ciekawym, schizowo-wiedźmowatym śpiewem, sam kawałek też ładnie łączy orkiestrowy patos z metalowym graniem w odpowiednio wyważonych proporcjach. Tu i ówdzie pojawia się wokal Snowy’ego Shawa (zagrał również na basie) i jest całkiem ok, aczkolwiek nie przypadł mi tak do gustu, jak niegdyś Vortex. „Endings And Continuations” zbiera prawie wszystkich wokalistów występujących na tym krążku plus dodaje jeszcze Garma z Ulver, i ta kolaboracja także wydaje się jak najbardziej udana, a i sam utwór jest nieco odmienny od reszty proponowanych kompozycji (może to właśnie wpływ owego gościa?), chociaż pozytywne wrażenie psuje pojawiające się tu i ówdzie „Abrahadabra!”, które wywołać może jedynie uśmiech. I tłumaczenie, że to z Crowleya, guru okultystów (przynajmniej tych parających się muzyką), nic nie pomoże, bo brzmi to niestety komicznie. Co z resztą numerów? Niestety trochę tak jak na „In Sorte Diaboli” – część pomysłów jak najbardziej mi się podoba, część zaś nie powala, a wszystko to w obrębie w zasadzie każdego utworu z osobna (np. w „Chess With The Abyss” najciekawszy jest chyba refren, kojarzący się jednakże z rozwiązaniami z poprzedniego krążka). Fragmenty nudniejsze przeplatają się z tymi bardziej ekscytującymi, przy czym o ile na poprzedniku „Abrahadabry” byliśmy skazani na męczenie się z jakimś nudnym riffem, tutaj jest takowy przysłonięty przez świetnie zaaranżowaną orkiestrę. Nie da się ukryć, że bez symfonii ten długograj straciłby bardzo wiele, a tak drobnym „oszustwem” płyta jako całość broni się i zasługuje na relatywnie wysoką ocenę. Fajnie wypada dynamiczny „Ritualist” z wysuniętym akustycznym motywem, zadatki na zajęcie stałego miejsca w koncertowej setliście zespołu ma „Born Treacherous” z chwytliwym refrenem i odpowiednią dawką mocy. Warto też odnotować, że motyw od około pierwszej minuty w „A Jewel Traced Through Coal” jako żywo kojarzy mi się z dokonaniami… Behemoth! Wijący się, szybki riff oraz perkusyjna nawałnica jednoznacznie nasuwają skojarzenia z dokonaniami pomorskiej Bestii, i jestem niemal pewien, że coś musi być tutaj na rzeczy. Nie można też nie odnotować świetnej pracy naszego rodaka, perkusisty Daraya, który w porównaniu z wielkimi poprzednikami (Hellhammer, Nicholas Barker) wypada równie dobrze.

Dość kontrowersyjny to album. Na pewno rzetelnie przygotowany, rewelacyjnie wyprodukowany (młodzież ze swoimi cudownymi empetrójkami pewnie tego nie doceni, ale kto zdecyduje się jednak na zakup CD, może liczyć na dźwiękową ucztę, której walorów smakowych dopilnował sam kuchmistrz Andy Sneap), na niezłym poziomie kompozytorskim i wykonawczym (pokłon dla Shagratha – różnorodne, ciekawe wokale to duży plus tego wydawnictwa). Z drugiej strony brakuje tu trochę mocniejszego – niech wrażliwsi czytelnicy mi wybaczą określenie – pierdolnięcia, blackowego szału i elementu nieprzewidywalności. Wszystko ładnie leży i brzmi, ale ani przez chwilę nie można poczuć się naprawdę zaskoczonym. Faktycznie, trudno materiał na „Abrahadabra” nazywać jeszcze symfonicznym blackiem (co jednak samo w sobie wadą nie jest), ale jednocześnie zespół nie przeszedł jakiejś gruntownej metamorfozy, nie ma tutaj prawdziwie nowej jakości, a jedynie ulepszenie jednych elementów (orkiestracje) kosztem pogorszenia innych (takie sobie partie gitary). Dimmu Borgir chcieli wydorośleć, dojrzeć (wreszcie nie ma tego naiwnego antychrześcijaństwa, które na „In Sorte Diaboli” przybrało kuriozalną formę), ale najwyraźniej za często o tym myśleli, tworząc nowy materiał. To solidna płyta, jaka nie przysporzy kapeli żadnej ujmy, a której poziom wywindowali w dużej mierze zaproszeni gości. Na rewolucję najwyraźniej jeszcze czas.

Ocena: 7 / 10

Ciekawostki:

  • „Abrahadabra” oznacza „Stworzę jako przemówię”. To cytat z „Księgi Prawa” Aleistera Crowleya.
  • Okładka przedstawia jedno ze Starszych Bóstw z mitologii mistrza grozy, H.P. Lovecrafta.
  • Na edycjach specjalnych znalazły się rozmaite bonusowe nagrania – oprócz orkiestrowych wersji paru utworów z edycji regularnej, dostaliśmy dwa covery: „Perfect Strangers” Deep Purple oraz „D.M.D.R. (Dead Men Don’t Rape)” z repertuaru G.G.F.H. Ten pierwszy wypadł tak sobie, nieco zbyt chaotycznie, zgubiono też gdzieś po drodze świetną linię wokalną ułożoną przez Iana Gillana. Znacznie ciekawiej prezentuje się drugi, będący pokręconą, symfoniczno-industrialową hybrydą. Warto poszukać i przesłuchać.
Reklamy

komentarze 3 to “Dimmu Borgir „Abrahadabra” (2010)”

  1. CountAngelizer said

    Fajnie Krzysiu napisałeś i się z Tobą oczywiście zgadzam. Ale w środku masz 2 zdecydowanie za długie zdania. Podziel je bo człowiek wątek gubi;)

  2. Robert Bronson said

    Album jest udany. Po wielu przesłuchaniach muszę jednak stwierdzić, że kawałek z Garmem zamiata wszystko :-).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s