HIM „Screamworks: Love In Theory And Practice, Chapters 1-13” (2010)

25 lutego 2010

HIM
Screamworks:
Love In Theory And Practice, Chapters 1-13
(2010)
1. In Venere Veritas
2. Scared To Death
3. Heartkiller
4. Dying Song
5. Disarm Me (With Your Loneliness)
6. Love, The Hardest Way
7. Katherine Wheel
8. In The Arms Of Rain
9. Ode To Solitude
10. Shatter Me With Hope
11. Acoustic Funeral (For Love In Limbo)
12. Like St. Valentine
13. The Foreboding Sense Of Impending Happiness

Kolejne albumy studyjne HIM tworzą swoistą sinusoidę, gdzie na górze znajdują się dokonania bardziej udane, a jednocześnie nieco mniej mainstreamowe, podczas gdy dół oblegają krążki mocniej popowe i, niestety, słabsze. Spójrzmy – na początku, na górze, mieliśmy gotyckie, ciężkie „Greatest Lovesongs”, później (chociaż nie na dole sinusoidy, raczej w połowie drogi) bardziej komercyjne „Razorblade Romance”, po czym popowe, słabe „Deep Shadows…”, za nim ambitniejszy, dojrzalszy „Love Metal”, którego następcą został z kolei mocno klawiszowy, znacznie słabszy „Dark Light”, zaś po nim HIM nagrali sabbathowe, potężnie brzmiące „Venus Doom”. Idąc tym tropem, teraz powinniśmy się znaleźć na dole sinusoidy, z łatwiejszym w odbiorze, lecz gorszym krążkiem. Siódmy album o długim tytule „Screamworks: Love In Theory And Practice, Chapters 1-13” istotnie różni się od poprzednika, ale… nic w tym złego.

Valo zapowiadał płytę stanowiącą przeciwieństwo „Venus Doom”, wypełnioną krótkimi, bardziej bezpośrednimi piosenkami – i takową dostarczył. Zerwano tutaj zdecydowanie z cięższymi kompozycjami napędzanymi soczystymi riffami, w zamian proponując pop rock mający nawiązywać do lat 80., a więc maksymalnie melodyjny, z potężnymi, niesamowicie chwytliwymi refrenami i sporą dawką klawiszy. I chociaż rzeczywiście brzmienie (swoją drogą, bardzo dobre) znacząco wypolerowano i wygładzono, to jednak na szczęście gitara Lindego nie jest zepchnięta całkiem na ubocze (jak to było chociażby na „Dark Light”), a cały krążek – biorąc pod uwagę obraną konwencję – ma sporo rockowego ognia i zagrany jest z niezłym wykopem. To, co trzeba pochwalić na samym początku, to melodie – nie będzie chyba przesadą stwierdzenie, że Ville Valo w dziedzinie pisania przebojowych numerów osiągnął na „Screamworks” mistrzostwo. Tak zaraźliwego zestawu nie dostaliśmy chyba od czasów „Razorblade Romance”, a przecież płyty pomiędzy wcale pod tym względem nie słabowały. Album chwyta za pierwszym przesłuchaniem, a większość kompozycji można nucić już podczas pierwszej z nim sesji – tak przynajmniej było w moim przypadku. Niewątpliwie należy to poczytać za sukces.

Co jednak z kształtem samych kompozycji? Nigdy wcześniej w historii HIM nie zdarzyło się płyta, na której żadna piosenka nie przekroczyłaby 5 minut, ba, na „Screamworks” tylko jedna wychodzi poza barierę 4 minut! To samo z siebie wskazuje, że – w przeciwieństwie do ciągnącego w stronę progresji „Venus Doom” – postawiono na utwory o dość prostej strukturze. Na szczęście jednak nie popełniono błędu „Dark Light” i urozmaicono je na tyle, że przebrnięcie przez wszystkie trzynaście kawałków nie będzie żadną mordęgą, ani nie wywoła u słuchacza ziewania. Jak na warunki HIM, mało tutaj smęcenia i „balladowania”, zespół zwalnia jedynie w dwóch, całkiem niezłych pościelówach „Disarm Me (With Your Loneliness)” oraz „Acoustic Funeral (For Love In Limbo)”, choć po tej drugiej, ze względu na dość intrygujący tytuł, można by było spodziewać się czegoś bardziej nietypowego. Bez zbędnego zwalniania panowie dają czadu w szybkich „Heartkiller” oraz „Love, The Hardest Way”, w których, pomimo ładnie pracującej gitary, dają znać o sobie liczne partie klawiszy. Do przodu pędzi także „Ode To Solitude”, oparte na zaskakująco potężnym riffie, który sugeruje, że Linde odrobił lekcje w szkółce Tony’ego Iommiego, aczkolwiek całość łagodzona jest przez niebywale wesoły, wręcz wesołkowaty refren. Niemniej, pod względem konstrukcyjnym jest to najbardziej złożony utwór na płycie. Echa „Venus Doom” słychać zaś w „Shatter Me With Hope”, który z niewielkimi zmianami mógłby znaleźć się na poprzednim krążku (choćby w miejsce „Dead Lovers’ Lane”, które bardziej sprawdziłoby się chyba właśnie w stylistyce „Screamworks”). Zadziornie jest też w bardzo dynamicznym „Like St. Valentine” o wyraźnie pop-punkowym posmaku – kapitalne jest wejście tej piosenki z krzykiem Valo i mocnymi gitarami w tle, przełamanymi łagodnym początkiem zwrotki (patent rodem z „Venus Doom”). Nieco spokojniej jest w mocno „ejtisowym” „In The Arms Of Rain”, gdzie szczególnie zwraca uwagę motyw z „Ave Maria”. Świetnie wypada otwierający album, jeden z najlepszych numerów tutaj zawartych, „In Venere Veritas” z pojawiającym się, wyśpiewywanym słodko „Let’s fall apart together now”, kapitalnym, megachwytliwym refrenem i… quasi-gregoriańskim zaśpiewem w środku, który ja osobiście odbieram jako „oczko” puszczone w stronę poprzedniego albumu i jego miłośników. Bardziej lirycznie jest w gitarowej „Katherine Wheel” (refren jest wręcz przesadnie zaraźliwy)  oraz w „Scared To Death” z ładnie rozmytymi chórkami w – zgadnijcie – bardzo przebojowym refrenie. Album jest zdecydowanie najpogodniejszy (przynajmniej pod względem muzycznym) w dorobku HIM, ale i tutaj nie mogło zabraknąć nieco niepokoju, a tego dostarcza niezwykle melodyjna „Dying Song”, będąca jedną z najlepszych kompozycji na krążku. Na koniec zaś HIM zafundowali nam nie lada niespodziankę. O ile na poprzednim długograju za taką mógł uchodzić rozbudowany, gotycki kolos „Sleepwalking Past Hope”, będący jednak rozwinięciem znanego stylu, o tyle „The Foreboding Sense Of Impending Happiness” jest tak dziwny, jak sam tytuł, i coś takiego na longplayu HIM dotąd się nie pojawiło. Utwór ten bowiem opiera się głównie na syntezatorach oraz głosie Valo, i niewątpliwie ma w zamyśle nawiązywać do twórczości Depeche Mode z czasów legendarnego albumu „Violator”. Dobór brzmienia klawiszy szczególnie nasuwa mi na myśl „Halo”, aczkolwiek kojarzyć się może też z „Take My Breath Away” formacji Berlin. Eksperyment udany, chociaż pozostawia po sobie uczucie niedosytu – dlaczego tak krótko? Utwór trwa nieco ponad trzy minuty (z czego ostatnie kilkanaście sekund to echo głosu Valo…) i, mówiąc szczerze, nim człowiek zdąży wczuć się w klimat, kawałek się kończy. A może właśnie o to chłopakom chodziło?

Co do rozwiązań aranżacyjnych – klawiszy jest dużo, na dodatek często pełnią rolę „dosładzaczy” utworów, przez co mogą wydać się nieco kontrowersyjne, ale ze względu na przyjętą konwencję zbytnio to nie razi (bardziej już przeszkadzały chociażby w „Passion’s Killing Floor” z poprzedniego krążka, gdzie przesadnie kontrastowały z szorstkimi gitarami); na dodatek pamiętając, że za inspirację służyły lata 80., szczególnie taki stan rzeczy dziwić nie powinien. Kto słuchał chociażby Foreignera, Cutting Crew czy Ultravox (wstęp a la odgłosy z trzewi ośmiobitowca z „Heartkillera” zagrany jest chyba trochę na wzór nieśmiertelnego „Dancing With Tears In My Eyes”, a dokładnie jego klawiszowej introdukcji), pamięta, jakie brzmienie keyboardu u nich używano. Gitara robi swoje, Linde może się pochwalić paroma soczystymi zagraniami (oprócz wspominanego „Ode To Solitude” chociażby „Like St. Valentine”), także Mige ma krótki występ w blasku świateł, gdy pod koniec „In The Arms Of Rain” na chwilę na bas wrzucono przester. Bardzo dobrze spisał się także Ville Valo, choć co do jego możliwości wokalnych miałem tym razem obawy – nagrania z koncertów bezlitośnie obnażają fakt, że lata palenia, picia i śpiewania, a także sam upływ czasu odcisnęły na jego strunach głosowych swoje piętno, na albumie jednakże można o tym zapomnieć. Tytuł obliguje, zatem pojawia się sporo krzyczenia, co jest pewnym novum (wcześniej Valo próbował sobie powrzeszczeć głównie na „Venus Doom”) – bardziej ekspresyjnych partii można się doszukać chociażby w „Ode To Solitude” (wychrypiany refren pod koniec wyszedł nieźle), „In The Arms Of Rain”, a nawet w balladowym „Disarm Me (With Your Loneliness)”, zresztą tego typu elementy pojawiają się niemalże w każdej piosence. Miłośników Valo śpiewającego niższym głosem (na wzór tego, co zrobił na przykład w „Bittersweet” Apocalyptiki) czeka rozczarowanie, bo poza krótkim zaśpiewem w „In Venere Veritas” Ville swego barytonu nie używa, sporo za to „wyciąganych”, falsetowych partii.

Sporo wątpliwości przed premierą miałem także do nowego zespołu techniczno-producenckiego. Produkcją zajął się bowiem Matt Squire, który wcześniej kolaborował z takimi wykonawcami, jak The Used, Taking Back Sunday, Panic! At The Disco, czy… Katy Perry, a miksami Neal Avron (Linkin’ Park, Weezer, Fall Out Boy), a zatem ludzie, którzy wcześniej pracowali nad muzyką niekoniecznie stanowiącą linię równoległą do tego, co prezentują HIM. Na szczęście, owa współpraca wyszła Finom na dobre, „Screamworks” brzmi bardzo świeżo, nawet jeśli niektóre elementy mogą wydać się trochę… dyskusyjne za pierwszym przesłuchaniem (vide początek zwrotki w „Love, The Hardest Way”, czy fragment przez wykrzyczanym refrenem w „Ode To Solitude” – przy odrobinie chęci przy takim podkładzie Ville mógłby zarapować, „come on” już nawet jest), to jednak generalnie wszystko do siebie ładnie przylega i pasuje.

Lirycznie wielkich nowości nie ma, zresztą już tytuł mówi, że ponownie będzie o miłości – no ale miano pionierów love metalu zobowiązuje. Miało być o „celebrating shit in life” – i jest. Pozytywną rzeczą jest to, że Ville tym razem nie potraktował tekstów śmiertelnie poważnie, i przy niejednym można się uśmiechnąć, chociaż nie da się ukryć, że miejscami lirycznie Valo pojechał po bandzie (jakiś jaskrawy przykład? proszę: „Love is the devil counting teardrops in the rain”), ale w końcu taki już urok twórczości tego pana. Poza tym, tak lubiane przez fanów „Greatest Lovesongs” i „Razorblade Romance” pod względem lirycznym mocno słabowały, a jakoś niewielu zwraca na to uwagę. Pod tym względem „Screamworks” jest więc od nich lepszy.

Równocześnie ze zwykłą edycją wydano także schludnie upchniętą w digipak wersję limitowaną, gdzie dodatkową atrakcją jest bonusowy dysk zatytułowany „Baudelaire In Braille”, na którym znalazły się wszystkie kompozycje ze „Screamworks” w wersji akustycznej, czyli Valo plus gitara akustyczna i od czasu do czasu kilka efektów (klawisze czy też sample, nieprzesterowana gitara elektryczna). Pomysł jak najbardziej warty pochwały, aczkolwiek wyszło – po prawdzie – średnio ekscytująco, na dodatek brzmieniowo trochę ten dodatkowy krążek niedomaga (czyżby Valo nagrywał go w swoim domu?), można więc było to zrobić trochę lepiej. Wobec powyższego nie można potraktować akustycznego dysku inaczej jak ciekawostki, którą można sobie puścić do poduszki jedynie od czasu do czasu, i to pod warunkiem, że jest się fanem HIM. Reszta niech sobie odpuści.

W tym miejscu chciałbym też trochę ponarzekać na kilka kwestii odnośnie książeczki dołączonej do albumu – dlaczego taka chuda? 8 stron, na dodatek mocno ascetycznych graficznie, nie stanowi raczej spełnienia marzeń. Nie podoba mi się także fakt, że we wkładce znalazło się zdjęcie jedynie samego Villego Valo, co ostatni raz zdarzyło się na „Greatest Lovesongs” 13 lat temu; tyle, że tam przynajmniej wymieniono z nazwiska wszystkich członków zespołu. Tutaj, przeglądając booklet, można odnieść wrażenie, że to solowe dzieło Valo. Dowodzenie dowodzeniem, ale trochę mi to pachnie egocentryzmem. Nieładnie tak traktować kolegów z zespołu, panie Kierowniku-Prezesie Valo.

Gros fanów zapewne będzie narzekać na „Screamworks” –  a że za wesołe, a że zbyt cukierkowe, a że przesadnie „po amerykańsku”, a że można było pociągnąć jeszcze odważniej styl z „Venus Doom” – i pewnie będą mieć w tym sporo racji. Obcując jednakże z tak udanym, świetnie przyswajalnym krążkiem, po prostu nie mogę gniewać się na ekipę pana Valo. I choć nie chciałbym wywoływać powszechnej nienawiści wśród miłośników piątki Finów stwierdzeniem, że „Screamworks: Love In Theory And Practice, Chapters 1-13” to nowe „Razorblade Romance” (wszak przebojowością te albumy idą w zasadzie łeb w łeb, oba też – wg Kierownika – inspirowane są latami 80.), na koniec powiem jedno: ja łykam tę płytę bez dodatkowej zapity. A że mogłoby być trochę inaczej, ciężej, gotycko? Mając w pamięci wspominaną na początku sinusoidę wychodzi na to, że nastąpi to za jakieś dwa lata. Zaczekamy, prawda?

Ocena: 7.5 / 10

Ciekawostki:

  • Muzycy spotkali się z Timem Palmerem w kwestii nagrywania tego albumu, ale wspólnie doszli do wniosku, że lepiej będzie, jak teraz HIM-em zajmie się ktoś inny. Padło na Matta Squire’a, bo, jak twierdzi Valo, to facet z olbrzymim wyczuciem melodii i wychował się na podobnej muzyce, jak Ville (są równolatkami, rocznik 1976).
  • Okładka nosi nazwę „Saint Scream” i pomysł na nią pochodzi od Valo i jego figurki zakonnicy, jaką kupił na eBayu, a zdjęcie której zaczął obrabiać w Photoshopie, w czym ostatecznie pomógł mu Matt Taylor.
  • Wpływ na taki, a nie inny charakter albumu miał wpływ, między innymi, fakt wyjścia Valo z nałogu alkoholowego. Dla porównania, większość materiału „Venus Doom” powstawała w najgorszym dla Villego okresie. Złośliwie dodam, że większy wpływ pewnie miała relatywnie niska sprzedaż poprzedniego krążka.
  • „Catherine wheel” to określenie jednej ze średniowiecznych tortur.
  • „Disarm Me (With Your Loneliness)” to utwór napisany na album „Dark Light”, ale został wtedy odrzucony, gdyż zespół uznał, że nie pasuje do tamtego krążka.
  • Album zadebiutował na 25. miejscu listy Billboard, sprzedając się w Stanach Zjednoczonych w liczbie 25,783 sztuk (z czego 30% drogą elektroniczną). Taki wynik umożliwił również zajęcie pierwszego miejsca na liście Hard Rock, a drugiego w notowaniach Rock oraz Alternative.
Reklamy

komentarzy 5 to “HIM „Screamworks: Love In Theory And Practice, Chapters 1-13” (2010)”

  1. LimaK said

    Album dobry na swój sposób. Finowie dobrze wykonali założone przed sobą cele. Nie jest to album na miarę „GLV666”, „LM” czy „VD” ale jest przyjemny w słuchaniu.
    Moja ocena: 7/10

  2. Scream said

    Moim zdaniem to świetny album, wszystkie piosenki sa tu co najmniej dobre, poza Love, the Hardest Way i Heartkillerem.Najlepsze utwory na tym krążku to: Ode to Solitude, Disarm Me (With Your Loneliness) i mój ulubiony na calej płycie In Venere Veritas, moja ocena to 8,5/10

  3. Miriel said

    Bardzo mi się podoba recenzja. W 3/4 odzwierciedla moje rozmyślania na temat tego albumu. Uwielbiam HIMa i każdy ich album, a ten nie odbiega wcale świetnością oraz nie jest jakimś ‚popowym ewenementem’ w twórczości HIMa. Cieszy mnie, że są jeszcze recenzenci, którzy potrafią tak podejść do albumu !

  4. kissofdawn said

    Bardzo ładna recenzja, nareszcie napisana przez kogoś kto zna się na rzeczy :)). HIM to świetny zespół i zasługuje na same pochwały. „Screamworks” to dla mnie najlepszy ich album, a słucham ich już 10 lat.
    Pozdrawiam wszystkich fanów HIMa!!!

  5. mania said

    Fajnie napisana recenzja! Ja daję płytce 9! 10 zostawiam dla następnej bo na pewno będzie jeszcze lepsza :). Kierownik Prezes tłumaczył się w jakimś wywiadzie, że nie ma w książeczce zdjęcia całego zespołu bo nie mieli kiedy sesji zrobić bo po nagrani wszyscy rozjechali się w innym kierunku. I nagrywał w domu wersję bonusową i na dodatek był wtedy przeziębiony to wyszło jak wyszło xD nie znowu tak najgorzej xD

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s