HIM „Love Metal” (2003)

3 lutego 2010

HIM
Love Metal
(2003)
him-lovemetal
1. Buried Alive By Love
2. The Funeral Of Hearts
3. Beyond Redemption
4. Sweet Pandemonium
5. Soul On Fire
6. The Sacrament
7. This Fortress Of Tears
8. Circle Of Fear
9. Endless Dark
10. The Path
11. Love’s Requiem *
* w edycji digipak

Muzyka to takie dziwne stworzenie, które człowiek może pokochać nawet pomimo jego wad i słabostek, nieraz potrafi urzec coś, czego inni nie dostrzegą, i czego nie poczują. Zdaję sobie sprawę, że „Love Metal” nie odmienił oblicza muzycznego świata, ani nie wyznaczył mu nowych torów, wiem, że nie będzie się go brało pod uwagę podczas tworzenia list najlepszych płyt rockowych czy to dziesięciolecia, czy wszech czasów. Nic nie poradzę jednak na to, że od lat ten album grzebie bezczelnie w moim serduchu, że pomimo wielu przesłuchań nadal fascynuje i otula swoją atmosferą.

Może mają wpływ na taki stan rzeczy sentymenty – to przy tym albumie w wieku nastoletnim leczyłem złamane serce, na piosenkach z niego pochodzących uczyłem się grać na gitarze*, to on wreszcie spowodował, że zanurzyłem się bezpowrotnie w rockowe i metalowe rejony, w których przebywam do dziś. Nie ma wątpliwości, że pewną rolę grają tu wspomnienia. Przede wszystkim jednak to kawał solidnej rockowej roboty i niejakie przeprosiny zespołu za słabe „Deep Shadows And Brilliant Highlights”. Tym razem bowiem muzycy (a w szczególności Ville Valo, pan Prezes-Kierownik) odzyskali swobodę w decydowaniu o swojej twórczości. Producentem płyty został więc człowiek, który zatroszczył się o brzmienie debiutanckiego „Greatest Lovesongs vol. 666”, czyli fiński specjalista od klimatów, a przy okazji przyjaciel zespołu, Hiili Hiilesmaa, zaś odpowiedzialność za miksy spadła na jednego z najlepszych ludzi w branży, Tima Palmera, mającego na koncie pracę z takimi gigantami, jak Pearl Jam, The Cure, Ozzy Osbourne, U2 czy Porcupine Tree. Mając komfort działania z najwyższej próby profesjonalistami, HIM postawili na ujawnienie dojrzalszego, bardziej interesującego oblicza, nie tracąc jednak nic ze swojego uroku i urzekającej atmosfery.

Hiilesmaa dopilnował, żeby na krążku nie zabrakło fińskiego mistycyzmu, jakim cechowały się wczesne dokonania HIM, zaś Palmer nadał całości masę przestrzeni i włożył pomiędzy wiersze masę smaczków i dźwięków, których nie sposób wyłapać przy pierwszym przesłuchaniu, nie wspominając już o kapitalnym brzmieniu. Strona produkcyjna to tylko jedna strona medalu, ważniejsza jest oczywiście warstwa kompozycyjna. Jednakże i tutaj „Love Metal” nie zawodzi. Po – mimo wszystko – artystycznej porażce poprzedniego albumu, panowie odzyskali rezon i energię, a Valo napisał o wiele lepsze, bardziej poruszające utwory (znacznie, znacznie poprawiło się także pod względem lirycznym). Płytę podzielono na dwie części, A i B, z których każda obejmuje po pięć kompozycji. Pierwsza prezentuje bardziej przebojowe, hitowe oblicze kapeli. Przede wszystkim należy tutaj wspomnieć o jednym z najpopularniejszych utworów HIM, „The Funeral Of Hearts”, którego obdarzono świetnym refrenem i podszyto niepowtarzalnym, typowo himowym klimatem. Znacznie ostrzej jest przy „Buried Alive By Love” – tak dynamicznej jazdy Finowie nie fundowali już od dawna – i „Soul On Fire”, troszkę wygładzonego przez wtopioną w ścianę dźwięku akustyczną gitarę. Nieco bardziej stonowane jest utrzymane w średnim tempie „Beyond Redemption”, zaś „Sweet Pandemonium” to powolna, gotycka pieśń o dość intymnej atmosferze, napędzana kapitalnym, blacksabbathowym riffem. Część B to zaś bardziej refleksyjne, melancholijne oblicze zespołu. Począwszy od żywego, lirycznego „The Sacrament”, które rozpoczyna półminutowa introdukcja na pianinie (czyżby wynik ówczesnej fascynacji klawiszowca Burtona muzyką Czajkowskiego?), czuć już jakąś nienazwaną tęsknotę, jakiej na poprzednim krążku za wiele nie było. „This Fortress Of Tears” doskonale potwierdza moje słowa – potężne gitary ustępują po chwili emocjonalnemu, choć spokojnemu wokalowi Villego Valo, by przejść do podniosłego, ruszającego serce refrenu. Można powiedzieć, że na swój sposób jest to kontynuacja tego, co udało się uchwycić na „Sweet Pandemonium”. W „Circle of Fear” i „Endless Dark” jest szybciej, choć już nie tak żywiołowo, jak chociażby w „Buried Alive By Love”. W tym pierwszym urzeka niski głos Valo i świetny mostek („It’s the circle of regret /The circle of hate / The circle of death / Your circle of fear is the same” – jak dla mnie kapitalny moment), w drugim zaś żonglowanie lżejszymi oraz mocniejszymi fragmentami. Podstawowy materiał wieńczy „The Path”, niemalże ośmiominutowa kompozycja o nieco eksperymentalnym charakterze. Również tutaj mamy do czynienia z wolnym, majestatycznym, gotyckim utworem o wspaniałym riffie. Pod koniec jednak rozpoczyna się nieco psychodeliczna jazda bez trzymanki, a pałeczkę pierwszeństwa przejmuje gitarzysta Linde. Kontynuację tego stylu znaleźć można na wydanym cztery lata później „Venus Doom”. W wersji digipak znajduje się jednakże jeszcze jedna część – C. Wypełnia ją pojedyncza, 8,5-minutowa kompozycja zatytułowana „Love’s Requiem”. Oparta jest na wyraźnej, wiodącej partii basu, przeplatanej z mocniejszymi wejściami reszty instrumentarium – tak epickiego numeru poza „The Path” wcześniej u HIM raczej nie było. Tym bardziej więc szkoda, że utwór ten został skazany na banicję w niezbyt szeroko dostępnej edycji specjalnej.

Nie chcę w ramach podsumowania rzucać wyświechtanymi komunałami, ale jak w przypadku recenzowania każdego albumu, który wywarł na mnie wielkie wrażenie czuję, że tekst w żadnej mierze nie odpowiada wielkości muzyki, o jakiej opowiadam. Ocena tego krążka zawsze sprawiała mi duży kłopot, bo z jednej strony wiem, że mało przesłuchałem płyt, które tak wpłynęłyby na mój gust muzyczny i tak głęboko wlazły do serca, z drugiej zaś zdaję sobie sprawę, że wiele osób może nie mieć tak głębokich odczuć związanych z czwartym studyjnym dziełem HIM. Żeby jednak być zgodnym z samym sobą, wystawię ocenę, jaką czuję, że powinienem wystawić. Pozostali zaś niech odejmą sobie od niej jeden lub 1,5 punktu, gdyż „Love Metal” jest istotnie kawałkiem – ośmielę się to powiedzieć – rewelacyjnej muzyki, stanowiącej prawdziwą wizytówkę zespołu oraz będącej wręcz definicją jego stylu.

Ocena: 10 / 10

Ciekawostki:

  • Tytuł płyty stanowi jednocześnie nazwę stylu, jaki prezentuje HIM, a jaki został wymyślony w początkach ich płytowej działalności przez Villego Valo.
  • Valo zadecydował, że „Love’s Requiem” trafi na edycję limitowaną, gdyż wraz z tym utworem czas trwania albumu wyniósł trochę ponad 60 minut. Co ciekawe, ów numer Ville napisał, mając 17 lat.
  • „The Funeral Of Hearts” miał nie znaleźć się na albumie, lecz dzięki uporowi basisty Migego ostatecznie trafił na „Love Metal”. Ów utwór, w jaki nie wierzyła reszta zespołu, stał się jednym z najsłynniejszych kawałków HIM.
  • Kilka kompozycji zmieniło tytuły w czasie ich powstawania: pierwotnie „Buried Alive By Love” nosił nazwę „Rescue”, „The Path”„Through The Darkness”, a „Love’s Requiem”„The Heart Of Darkness”.

* …inna sprawa, że jeszcze się nie nauczyłem 😉

Reklamy

Komentarzy 6 to “HIM „Love Metal” (2003)”

  1. LimaK said

    Bardzo dobrze opisałeś album aczkolwiek (jak zresztą napisałeś) odejmuję od niej 1,5 punktu gdyż album mimo świetnych utworów przegrywa u mnie z „GLV666”.
    Moja ocena: 8,5/10

  2. Scream said

    Według mnie to najlepszy album w historii muzyki wszystkie piosenki są tu świetne i mają wszystko(świetne teksty i wspaniałą muzyke wraz z najlepszym wokalem w HIMie Ville Valo) jest tam moja ulubiona piosenka Buried Alive By Love a takze The Funeral of Hearts moja ocena to oczywiście 10/10

  3. Hydro said

    Głupi komentarz, ale fakt jest taki, że świetnie ująłeś ‚Lovkę’ w swojej recenzji.
    Taka moja osobista bolączka. Niedocenianym kawałkiem na utworze jest ‚Beyond Redemption’ czego nie potrafię zrozumieć. Jedna z najlepszych solówek Lindego i to nie z uwagi na szybkość, czy technikę, a genialne wyczucie (patrz chociażby ‚Sweet Child O Mine’ i jak dla mnie solówka wszech czasów – fakt, Linde to nie Slash, ale chodziło mi o porównanie tego ‚wyczucia’). Nie wiem, może ten idiotyczny wizerunek zapłakanego gotha czynił cuda, których dzisiaj trudno szukać w ich muzyce.
    Beyond Redemption – Taubertal – polecam, bo genialne wykonanie, jak cały koncert i Linde na ‚Lose You Tonight’

  4. Scream said

    Może źle to ująłem to mój ulubiony album z tego co słyszałem, nie z historii muzyki, trochę mnie poniosło

  5. świetna recenzja…
    a płyta jeszcze lepsza, dla mnie też 10/10, niesamowity klimat.
    Chociaż ja nie jestem tu obiektywna (ale kto jest oceniając muzykę?), bo mam sentyment do tego zespołu za wprowadzenie mnie na ocean rockowej muzyki, wiele już lat temu…

  6. Anonim said

    Uwielbiam Ten Album jest Cudowny

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s