Black Sabbath „Tyr” (1990)

15 października 2009

Black Sabbath
Tyr
(1990)
blacksabbath-tyr
1. Anno Mundi
2. The Law Maker
3. Jerusalem
4. The Sabbath Stones
5. The Battle Of Tyr
6. Odin’s Court
7. Valhalla
8. Feels Good To Me
9. Heaven In Black

Moje pierwsze wrażenie: co to, do cholery, jest? Black Sabbath i mitologia nordycka? Jak to może razem zadziałać? I do tego ta paskudna okładka… Z racji jednak, że znana sentencja ludowa mówi „nie sądź po pozorach”, nie skreśliłem krążka już na starcie, a po przesłuchaniu stwierdziłem w duchu, że… warty zachodu był pośpiech ekipy Black Sabbath, bowiem „Tyr”, choć odmienny od wydanego rok wcześniej „Headless Cross”, trzyma poziom. Może zabije to suspens recenzji, ale już na początku powiem: to kawał solidnej roboty. Niestety, tak jak poprzednik, zupełnie niesłusznie dziś zapomniany.

Zaczyna się dość… intrygująco, bowiem chórki Tony’ego Martina brzmią niczym te z… Queen. Bez obaw, nie ma tutaj więcej odniesień do drużyny Briana Maya. „Anno Mundi” rozwija się w podniosłą kompozycję o dość melancholijnym refrenie, i w sumie taki styl będzie utrzymany aż do końca. „Tyr” to materiał nieco bardziej zróżnicowany, niż „Headless Cross”, na pewno też już nie tak mroczny, a raczej bardziej patetyczny. Niektórzy mogą kręcić też nosem na fakt, że – mimo niezaprzeczalnie dobrej jakości – krążek mocno oddalił się od stylistyki zespołu, chociaż na pewno nie tak, jak na „The Eternal Idol”, a nawet jeśli, potrafi to zrekompensować. W zasadzie bardziej ‚typową’, sabbathową kompozycją jest rwany „The Sabbath Stones”, którego stonowana część ustępuje szybszej końcówce, gdzie pojawia się fajny zaśpiew Martina; nie ma jednak co wybrzydzać na pozostałe utwory. Galopujący „The Law Maker” podobać się może ze względu na chwytliwe zwrotki i niezłą solówkę, a „Jerusalem” na urokliwe harmonie wokalne. Swoją grą popisuje się w „Heaven In Black” Cozy Powell, który zresztą dość mocno zdominował ten album. Pewne zdumienie może zaś wywołać „Feels Good To Me”, ballada będąca raczej kuzynką „No Stranger To Love”, aniżeli na przykład „Changes”, a która niekoniecznie powinna znaleźć się na krążku Black Sabbath. Głównym daniem „Tyr” jest zaś tryptyk: „The Battle Of Tyr” to niepokojące, klawiszowe intro, „Odin’s Court” to akustyczna piosenka – gdzie na pierwszym planie występuje Tony Martin – jaka płynnie przechodzi w czadową „Valhallę”.

„Tyr” to już nie tak dobry materiał, jak „Headless Cross”, niemniej nie ma sensu go deprecjonować, bowiem i tutaj zawarto zróżnicowane, niezłe kompozycje, Tony Martin ciekawie ułożył swoje partie wokalne (także harmonie i chórki pojawiające się w tle), a i od strony lirycznej nie można się zbytnio przyczepić. Może przesadnie wygładzono brzmienie, niemniej produkcja, tak jak i na poprzednim krążku, jest odpowiednio selektywna (ewentualnie miałbym zastrzeżenia do ciut zbyt wysuniętej perkusji). Nie ma tutaj niczego przesadnie wbijającego w fotel czy elementu szczególnego zaskoczenia, niemniej nie oznacza to, że „Tyr” zasłużył na zapomnienie. Kolejna z perełek, po którą niekoniecznie sięgają miłośnicy Black Sabbath. A szkoda.

Ocena: 7.5 / 10

Ciekawostki:

  • Choć część tekstów opiera się na mitologii nordyckiej, nie jest to concept album. Ich tematyka wypłynęła z zainteresowania Tony’ego Martina historią.
  • „Jerusalem” zostało nagrane ponownie przez Tony’ego Martina na jego solowej płycie „Back Where I Belong” z 1992 r.
Reklamy

komentarze 3 to “Black Sabbath „Tyr” (1990)”

  1. Anonim said

    „Bez obaw, nie ma tutaj więcej odniesień do drużyny Briana Maya” – dlaczego „bez obaw”? Queen to świetna kapela a sam Iommi w swoich solówkach wręcz cytował Briana – także na Tyr. pozdrawiam

    • „Bez obaw” dlatego, żeby uspokoić potencjalnych słuchaczy, że Black Sabbath na „Tyr” to nadal Black Sabbath a Iommi to Iommi, nawet jeśli brzmią nieco inaczej, niż w przeszłości 🙂 W samym odniesieniu do Queen absolutnie nie widzę nic złego, zresztą przyjaźń gitarzystów obu formacji jest powszechnie znana. Również pozdrawiam 🙂

  2. Anonim said

    dokładnie. Brian popisał się piękną solówką w „When death…” z Headless. Poza tym stworzył z Iommim fajny duet podczas koncertu poświęconemu Freddiemu 20 kwietnia 1992 na Wembley. pozdrawiam serdecznie!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s