Black Sabbath „Headless Cross” (1989)

15 października 2009

Black Sabbath
Headless Cross
(1989)
blacksabbath-headlesscross
1. The Gates Of Hell
2. Headless Cross
3. Devil And Daughter
4. When Death Calls
5. Kill In The Spirit World
6. Call Of The Wild
7. Black Moon
8. Nightwing

Sytuacja, w jakiej znalazło się Black Sabbath w drugiej połowie lat 80., była nie do pozazdroszczenia. Ciągłe roszady w składzie i oddalanie się od stylu, jaki wpisał ten zespół do historii muzyki rockowej i metalowej sprawiły, że zainteresowanie formacją Iommiego, która zaczęła bardziej przypominać jego solowy projekt, znacznie zmalało. Wszystko to doprowadziło do sytuacji, kiedy wydawało się, że Czarny Sabat powoli zbliża się do swojego kresu i totalnej autodestrukcji. Tony Iommi ani myślał kończyć działalności dzieła swego życia. Zaprosił doń nowych, uznanych muzyków – na basie zagrał Laurence Cottle, zaś na bębnach jeden z najlepszych ówczesnych rockowych perkusistów, Cozy Powell (m.in. Rainbow, Whitesnake) – co zaowocowało najlepszym albumem od czasu „Mob Rules”.

„Headless Cross” posiada wszystko to, czego brakło na „The Eternal Idol”: świetne kompozycje, dobre melodie, udane solówki, nienaganną produkcję i klimat. Tajemnicze intro wprowadza nas po około minucie do marszowego, epickiego utworu tytułowego. Choć nie chciałbym w tym momencie przesadzić, to jednak uważam, że „Headless Cross” należy do tego samego rodzaju utworów, co „Heaven And Hell”. Świetna linia wokalna Tony’ego Martina, który śpiewa już z odpowiednią mocą, wyczuciem i charakterem, dobry, zapamiętywalny riff Iommiego (plus solidna solówka) i prowadzący całość z wyczuciem Cozy Powell – już tutaj można powiedzieć, że zapowiada się album lepszy, niż nieszczęsny „The Eternal Idol”. Na zapowiedziach jednak się nie kończy. Osadzony mocno w stylistyce Black Sabbath (choć dodajmy, że raczej w stylistyce, jaką zespół prezentował za czasów Dio) „When Death Calls” czaruje dramatycznym refrenem (znów rewelacyjny Tony Martin!), niepokojącą atmosferą i dynamiczną częścią, gdzie brawurową solówkę odegrał mistrz Brian May z Queen. Bardziej przystępne i melodyjne oblicze kapeli ukazują „Devil And Daughter” oraz „Kill In The Spirit World”, piosenki o sporym potencjale komercyjnym. Trudno oderwać się też od „Black Moon” z kapitalnym refrenem, który rozwija się w pełni dopiero pod koniec utworu. „Call Of The Wild” jest, jakby to określić, mocno wtłoczony w stylistykę lat 80., ale nie zmienia to faktu, że bije na głowę wszystkie kompozycje z poprzedniego krążka. Longplaya kończy urokliwa ballada „Nightwing” o akustycznym wstępie i zauważalnych zmianach tempa.

Na „Headless Cross” cieszy w zasadzie wszystko – dobra praca gitary Iommiego, do jakiej zdążył nas przyzwyczaić swoimi dziełami z lat 70. i pierwszej połowy lat 80.: wreszcie pojawiają się ciekawe riffy i udane popisy gitarowe; Cozy Powell, który świetnie czuje, jak powinien grać perkusista Black Sabbath, będąc przy tym najlepszym po Billu Wardzie bębniarzem grupy w całej jej historii; Laurence Cottle, który w kilku miejscach daje znać o swojej grze. Tony Martin także zdążył się zaaklimatyzować, teraz śpiewa tak, że nie ma powodu, by miał kompleksy w stosunku do poprzednich wokalistów zespołu. Bez problemu wyciąga górki, potrafi i udramatyzować utwór, i zanucić coś delikatniej. Trudno przeoczyć też pracę Geoffa Nichollsa, jaki klawiszami wyczarował specyficzny klimat. Zresztą, „Headless Cross” ma taki trochę gotycki, mroczniejszy odcień, co dodatkowo potęgują teksty Martina, w których dominuje „ciemna strona życia”, a zatem osoby przewrażliwione na punkcie słów w rodzaju „Szatan”, „śmierć”, „diabeł” czy „anioł piekieł” mogą mieć z tym krążkiem pewien problem. Moim zdaniem jednak świetnie się takie wątki wpasowały w ogólną atmosferę.

„Headless Cross” nie jest co prawda prostą kontynuacją tego, co nagrano z Ozzy’m czy Dio, ale jednak nie da się zaprzeczyć, że jest to płyta Black Sabbath, ujmująca klimatem i roztaczająca magię melodiami, czego nie można było powiedzieć o jej poprzedniczce. Niewątpliwie to opus magnum Sabbath z Tonym Martinem. Album dzisiaj chyba trochę już zapomniany, niestety niesłusznie. Warto odszukać i odkurzyć ten krążek, bowiem to pozycja mocna i warta poznania, a przy tym nie doceniona tak, jak na to zasłużyła.

Ocena: 8.5 / 10

Ciekawostki:

  • Na singlu „Headless Cross” oraz na wersji winylowej albumu pojawia się dodatkowy utwór z sesji nagraniowej, zatytułowany „Cloak And Dagger”. Jego nieobecność na albumie jest uzasadniona, bowiem to najsłabszy kawałek wtedy zarejestrowany, na dodatek utrzymany w nieco innym klimacie.
  • „Call Of The Wild” pierwotnie nosił tytuł „Hero”, a „Devil And Daughter” zwał się „Devil’s Daughter”. Tytuły zmieniono na prośbę Iommiego, bowiem na wydanej w 1988 r. płycie Ozzy’ego „No Rest For The Wicked” znalazły się utwory o takich samych nazwach.
  • Koncerty otwierał wówczas „Ave Satani” Jerry’ego Goldsmitha (motyw z filmu „Omen”), połączony z „The Gates Of Hell”.
  • Utwór tytułowy jest zainspirowany losami „bezgłowego krzyża” z Birmingham.
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s