Black Sabbath „The Eternal Idol” (1987)

29 września 2009

Black Sabbath
The Eternal Idol
(1987)
blacksabbath-eternalidol
1. The Shining
2. Ancient Warrior
3. Hard Life To Love
4. Glory Ride
5. Born To Lose
6. Nightmare
7. Scarlet Pimpernel
8. Lost Forever
9. Eternal Idol

Długo – bo około rok – rodził się ten album. O wierze twórców w jego sukces niech świadczy fakt, że Tony Iommi jako jedyny przetrwał sesję nagraniową od początku do końca, wszyscy inni zrezygnowali w trakcie…

Największym grzechem krążka jest fakt, że Iommi zamiast kroczyć drogą charakterystycznego, sabbathowego stylu, postanowił – zapewne licząc na komercyjny sukces – skręcić w strony, w jakie żadna płyta tego zespołu nie powinna zbaczać. Choć „The Eternal Idol” od początku był planowany jako wydawnictwo Black Sabbath, niewiele ma wspólnego z dotychczasowymi dokonaniami kapeli. Może nie robiłbym z tego wielkiego problemu, gdyby nowy kierunek rekompensował zmianę i wyrzeczenie się tożsamości zespołu. Niestety, ten krążek reprezentuje to, co najgorsze w heavy metalu tamtych czasów. Ba, nie jestem całkiem przekonany, czy o heavy metalu można tu mówić z czystym sumieniem, bowiem bliżej muzyce tutaj zaproponowanej do dokonań zespołów z kręgu glam rocka lub glam metalu, do bólu komercyjnej w jak najbardziej negatywnym tego słowa znaczeniu. Kompozycje są przesadnie uładzone, a przy tym totalnie bezbarwne i nijakie; o ile „The Shining” może się jeszcze podobać, to takie „Hard Life To Love” czy „Lost Forever” nie pozostawiają w słuchaczu absolutnie nic. Rozpoczynający się od dość tajemniczo brzmiących klawiszy „Nightmare” rokuje dobrze, lecz okazuje się, że i tu mamy do czynienia z utworem całkowicie przeciętnym. Znośnie prezentuje się „Glory Ride”, chociaż sabbathowi ortodoksi słysząc go raczej spluną z obrzydzeniem. Akustyczna miniatura „Scarlet Pimpernel” też nie robi takiego wrażenia, jak starsze tego typu kompozycje. Dopiero na koniec – najwyraźniej w ramach osłody po gorzkawym daniu – dostajemy utwór utrzymany w klasycznej stylistyce Black Sabbath. Ciężki „Eternal Idol” może zaczarować mrocznym, dusznym klimatem, w dużej mierze generowanym przez fajnie zaaranżowane gitarowe pajęczynki (chociaż i tak gitarę spiłowano tu aż do przesady, więcej mocy na pewno by nie zaszkodziło), tyle że jedna dobra kompozycja nie uratuje całego krążka.

Za mikrofonem debiutuje w Black Sabbath Tony Martin, zatrudniony w zasadzie w ostatniej chwili. Nie miał wielkiego pola do popisu, bowiem linie wokalne ułożył jego poprzednik, Ray Gillen, i musiał się do nich po prostu dostosować. Wokalista nie do końca jeszcze czuje muzykę zespołu, na dodatek wyraźnie słychać, że brakuje mu charyzmy wielkich poprzedników (Osbourne-Dio-Gillan-Hughes), chociaż kłamstwem byłoby stwierdzenie, że jego występ na „The Eternal Idol” jest nieudany. Po prostu na kolejnych płytach Martin udowadnia, że ma swój styl i większe możliwości, niż zaprezentowane tutaj. Klawiszowiec Geoff Nicholls robi co może, żeby wprowadzić choć trochę mrocznego nastroju, ale nieciekawe w większości partie Iommiego kładą klimat na całej linii. Brzmienie również nie zadowala i powiela błędy producentów lat 80., a więc mamy perkusję z przesadnym pogłosem, nieco spłaszczone gitary i trochę zbyt słabo wyczuwalny bas.

„The Eternal Idol” okazał się klapą, i artystyczną, i komercyjną. Nie jest to jakiś bardzo zły album, którego nie dałoby się słuchać, aczkolwiek od materiału wydanego pod szyldem Black Sabbath wymagać trzeba o wiele więcej, niż przeciętnego, skomercjalizowanego grania, od jakiego zwyczajnie wieje nudą. To jeden z tych punktów w dyskografii zespołu, jakiego mogłoby w ogóle nie być.

Ocena: 5 / 10

Ciekawostki:

  • Okładka i tytuł inspirowane są rzeźbą Auguste’a Rodin.
  • W Internecie można znaleźć kompletny zapis demo płyty z Rayem Gillenem na wokalu. Jedyna pozostałość jego głosu na albumie to śmiech w „Nightmare”. Autorem tekstów jest Bob Daisley, które jednak modyfikowali później Martin i Nicholls.
  • Po przybyciu Tony’ego Martina Iommi skomponował z nim dwie dodatkowe kompozycje: „Some Kind Of  Woman”, która trafiła na stronę B singla „The Shining” oraz „Black Moon”, jaka pojawiła się na singlu „Eternal Idol”. „Black Moon” została zresztą nagrana na nowo na kolejnym albumie, zatytułowanym „Headless Cross”.
  • Martin miał 8 dni na nagranie wszystkich wokali.
  • Choć w książeczce wymieniony jest Dave Spitz, to jednak na basie zagrał ostatecznie Bob Daisley, który po prostu zarejestrował partie swego poprzednika.
  • Po odejściu perkusisty Erica Singera kilku dogrywek dokonał Bev Bevan (w „Scarlet Pimpernel” i „Eternal Idol”).
  • Koncertowy skład tego okresu był bardzo niestabilny.
Reklamy

Komentarzy 7 to “Black Sabbath „The Eternal Idol” (1987)”

  1. Anonim said

    bzdura, wg mnie świetny album 9/10

  2. Anonim said

    Bzdura totalna! To co mieli grac Sabbath Bloody Sabbath w 1987? Plyta jest swietna. Posluchajcie solowek. Ludzie!

    • Koneser_Rocka said

      Potwierdzam!!!
      Mocne 8+/10 – Iommi napie*dala jak oszalały,
      a Martin doszczętnie rozpie*dala wszystko
      swoim wyku*wistym w kosmos falsetem!!!

  3. RECENZANT TOTALNE BEZ SLUHU. CHORWAT Z DALMACJI,A MI ZNAMO CO JEST MELODIJA.VIVA TONY MARTIN!!!

  4. johyn said

    Bardzo dobra plyta. 7-8/10.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s