Behemoth „Evangelion” (2009)

20 sierpnia 2009

Behemoth
Evangelion
(2009)
behemoth-evangelion
1. Daimonos
2. Shemhamforash
3. Ov Fire And The Void
4. Transmigrating Beyond Realms Ov Amenti
5. He Who Breeds Pestilence
6. The Seed Ov I
7. Alas, Lord Is Upon Me
8. Defiling Morality Ov Black God
9. Lucifer

Impet, z jakim Behemoth przedziera się do czołówki ekstremalnej metalowej ekstraklasy jest doprawdy imponujący. Sukces komercyjny idzie w parze z sukcesem artystycznym, co cieszy tym bardziej, że sława zespołu nie została okupiona żadnym kompromisem. Jeszcze przed premierą „Evangelion” zastanawiałem się, jaki kierunek obierze tym razem Nergal, co jeszcze wymyśli wraz z kolegami z zespołu, by przeskoczyć jakościowo dotychczasową twórczość. Trudno byłoby po tak dobrych krążkach, jak „Demigod” i „The Apostasy” nagrać coś równie mocnego w tej samej konwencji. Najwyraźniej Darski doszedł do takiego samego wniosku i postawił na coś innego, niż ostatnim razem.

„Evangelion” zrywa z konwencją wypracowaną na „Demigod”, choć oczywiście nadal twardo osadzony jest w stylistyce zespołu. Zrezygnowano niemal zupełnie z orientalnych wpływów (na chwilę pojawia się sitar w „Shemhamforash”), drastycznie ograniczono elementy symfoniczne, wszelkie orkiestracje. Dziewiąty longplay Behemoth jest bardziej pierwotny, dzikszy, nieco mroczniejszy, a przy tym zawierający o wiele więcej elementów black metalowych, niż kilka ostatnich krążków. Myślę, że tropem może być tutaj „Satanica”, aczkolwiek na „Evangelion” wyraźnie słychać, że Behemoth jest teraz zespołem dojrzalszym, lepszym technicznie i nadal zaopatrzonym w ciekawe pomysły. Jest to też dzieło znacznie bardziej zwarte, monolityczne, niż „The Apostasy”, dzięki czemu sprawia wrażenie o wiele bardziej spójnego. Nawet jednak w obrębie przyjętej konwencji nie można narzekać na brak różnorodności.

Mamy tutaj ultraszybkie, dobitne utwory, jak na przykład „Transmigrating Beyond Realms Ov Amenti”, „Defiling Morality Ov Black God” czy „Daimonos”, który przez swój chwytliwy, skandowany refren kojarzy mi się nieco z pamiętnym „Decade Of Therion” i podejrzewam, że na koncertach chyba długo jeszcze będzie się dało słyszeć wykrzykiwane przez publiczność „All hail slain and risen god! / All hail Dionysus!”. Behemoth potrafi jednak zagrać i mroczniejsze, choć nadal bardzo dynamiczne kawałki, jak mój żelazny faworyt „Shemhamforash” ze schizowymi samplowanymi podkładami i nieco odmiennym wokalem Nergala, czy „He Who Breeds Pestilence”, którego otwiera krakanie kruków, a zamyka nieco przywodzący klimatycznie na myśl „The Apostasy” motyw gitarowy. Ciekawie dawkowane jest napięcie w „Alas, Lord Is Upon Me”, gdzie przez większą część utworu mamy średnie lub wolne tempo, a które na koniec zamienia się w blastowane piekło. W „The Seed Ov I” również występuje żonglerka na zasadzie „szybko-wolno-szybko” – trochę kojarzy mi się z utworami z „Demigod”. Wyróżniającym się numerem jest „Ov Fire And The Void”, napędzany przez powolny riff przetykany mocniejszymi, deathowymi wejściami. Całość wieńczy ośmiominutowy, majestatyczny walec, zaśpiewany po polsku „Lucifer”, zawierający w sobie nadające gęstej atmosfery sample oraz schowane w tle orkiestracje. Zdecydowanie to najwolniejszy utwór, jaki kiedykolwiek ukazał się pod szyldem Behemoth. Smaczku dodaje fakt, że udziela się tutaj Maciej Maleńczuk i zapewniam, że wybór właśnie tego człowieka był w pełni uzasadniony – jego interpretacja tekstu pewnie niejednemu zjeży włosy na grzbiecie. „Lucifer” godnie wieńczy album, choć paradoksem może wydać się, że na finał tak szybkiego i ekstremalnego krążka wybrano właśnie taki powolny utwór. Może dzięki temu robi on jeszcze większe wrażenie?

Wykonawczo jest oczywiście bez zarzutu. Nergal i Seth tradycyjnie urzekają gitarowymi serpentynami, zaś Inferno trzyma swój poziom – czyli gra jak zawsze genialnie: ten gość wie, jak rozpętać – nomen omen – piekło. W końcu taki pseudonim zobowiązuje. Orion ze swoim basem przebija się raczej rzadko (np. w końcówce „Ov Fire And The Void” czy „The Seed Ov I”), za to wraz z Siegmarem, kolegą z Vesanii, aranżował sample, które, choć schowane dość głęboko w miksie, mają niebanalny wpływ na klimat krążka. Brzmienie zaś to również ekstraklasa światowa – jest znacznie potężniejsze, niż to na „The Apostasy” (do którego przecież nie było się jak przyczepić), bardziej kopiące, zmasowane, świetnie odpowiadające treści „Evangelion” – lecz na szczęście dźwięk nie utracił swojej plastyczności czy czytelności. No ale mając do dyspozycji Colina Richardsona, który zajął się miksami, a mający na koncie współpracę z takimi gwiazdami, jak m.in. Fear Factory, Slipknot, Cannibal Corpse, Sepultura czy Cradle of Filth, trudno było spodziewać się czegoś nieudanego. Po raz kolejny zaangażowano Daniela Bergstranda (In Flames, Dark Funeral, Meshuggah) – tym razem zajął się produkcją bębnów, bracia Wiesławscy odpowiadali za nagrania gitar, zaś mastering przypadł Tedowi Jensenowi (m.in. Metallica, AC/DC). Trudno powiedzieć, ile kosztowało zaproszenie tak uznanych fachowców, ale brzmienie „Evangelion” jest warte tych pieniędzy.

Zadbano także o jakość samego wydania. Artwork jest dość ascetyczny, utrzymany głównie w odcieniach szarości, co stanowi odejście od grafitowo-błękitnej szaty graficznej poprzednich dwóch albumów. Wrażenie robi edycja specjalna – ładny digipack zawiera w sobie oprócz płyty z albumem krążek DVD z ok. 50-minutowym materiałem filmowym, na którym możemy prześledzić kolejne etapy powstawania albumu (wyszło to fajniej, niż na analogicznym filmie z wersji limitowanej „The Apostasy”), a także kulisy sesji zdjęciowej. Z niego dowiemy się m.in. że kruk, jakiego trzyma na ręku Nergal, nie był wcale wypchany ;).

„Evangelion” ze wszystkich dotychczasowych krążków Behemoth podoba mi się najbardziej. To tutaj muzycy znaleźli idealny kompromis pomiędzy ekstremalnością a przystępnością, chociaż jest to krążek trudniejszy w odbiorze, niż „The Apostasy”. Czy więc „Demigod” został zdetronizowany? Nawet jeżeli nie, to mamy dzieło o równorzędnej jakości. Na razie ciężko powiedzieć, jaką pozycję w dyskografii zespołu zyska z czasem „Evangelion”, natomiast nie ulega wątpliwości, że przyczyni się do powiększenia legionu fanów zespołu i umocnienia jego i tak już wysokiej pozycji w muzycznym świecie. Nie oczekiwałem rewolucji, bo i taka nie była potrzebna. Teraz Behemoth po prostu powinien grać swoje – i robi to, na dodatek z odpowiednią gracją i świeżością. Jaki więc wydać werdykt? Miałem z tym pewien dylemat. Po długim namyśle postanowiłem, że dziewiątemu longplayowi Behemotha wystawię ocenę, na którą do tej pory jeszcze sobie u mnie nie zasłużyli. Jaką? Wystarczy spojrzeć poniżej…

Ocena: 10 / 10

Ciekawostki:

  • Nergal uważa sesję nagraniową do „Evangelion” za najbardziej relaksującą, a jednocześnie najbardziej kreatywną w historii zespołu.
  • Album trafił na 56. miejsce notowania Billboard, sprzedając się w ciągu tygodnia w liczbie 8500 egzemplarzy w USA. W zestawieniach „Hard Rock Albums” oraz „Independent Albums” „Evangelion” pojawił się odpowiednio na 5. i 6. miejscu.
  • W Polsce w pierwszym tygodniu krążek wylądował na 2. miejscu najchętniej kupowanych płyt, w drugim tygodniu zajął już 1. miejsce. Był także najpopularniejszą pozycją według notowania sprzedaży w EMPIK-u.
  • Na okładce widnieje Wielka Nierządnica Babilonu, zwana Babalon, zasiadająca na siedmiogłowym smoku. Pojawia się w Apokalipsie św. Jana.
  • Za tekst do utworu „Lucifer” posłużył wiersz młodopolskiego poety Tadeusza Micińskiego o takim samym tytule.
Reklamy

Jedna odpowiedź to “Behemoth „Evangelion” (2009)”

  1. Całkiem niezła recenzja, zgadzam się z oceną. 🙂 Pozdrawiam \m/

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s