Cradle of Filth „Nymphetamine” (2004) + SE (2005)

7 lipca 2009

Cradle of Filth
Nymphetamine
(2004)
cradleoffilth-nymphetamine-regular
1. Satyriasis
2. Gilded Cunt
3. Nemesis
4. Gabrielle
5. Absinthe With Faust
6. Nymphetamine (Overdose)
7. Painting Flowers White Never Suited My Palette
8. Medusa And Hemlock
9. Coffin Fodder
10. English Fire
11. Filthy Little Secret
12. Swansong For A Raven
13. Mother Of Abominations
14. Nymphetamine (Fix) – bonus

Po ambitnym, rozbuchanym „Damnation And A Day” Cradle of Filth nie kazali nam długo czekać na kolejny pełnometrażowy album, i po przejściu do Roadrunner Records szybko zmontowali nowy materiał. Czy jednak taki pośpiech się opłacił – tu można mieć pewne wątpliwości.

Zaczyna się klasycznie – symfoniczne intro z recytacją Douga Bradleya przeradza się w blackowe, mocne i szybkie granie. „Gilded Cunt” można by było spokojnie zamieścić na „The Principle Of Evil Made Flesh” – ostra jazda, mało klawiszy i duża dawka agresji. Jednak im dalej w album, tym bardziej zaczynałem się zastanawiać, wedle jakiego klucza komponowano utwory na ten krążek. Choć na „Midian” wpływy klasycznego heavy metalu były bardziej, niż silne, to na „Nymphetamine” zespół poszedł o krok dalej. Trudno nie wyczuć wpływów maidenowskich w „Filthy Little Secret” – chociażby patrząc na, skądinąd bardzo dobrą, solówkę. Heavy metalowego sznytu nie można odmówić „Nemesis” czy „Coffin Fodder”. Mamy tu jednak utwory osadzone i w zupełnie innej konwencji – „Gabrielle”, „Absinthe With Faust” oraz, w szczególności, „Nymphetamine” z gościnnym udziałem Liv Kristine noszą wyraźny ślad metalu gotyckiego. Rozmaite konwencje kawałków (szybki „Medusa And Hemlock” i na swój sposób liryczny „English Fire”) nie sprzyjają jednak wsiąknięciu w album, i znacznie lepiej poszczególnych kompozycji słucha się w oderwaniu od całości. Wtedy nie razi – tak spory przecież – rozstrzał stylistyczny. Na dodatek większość pozycji jest zdecydowanie zbyt długa – a to w wyniku swej powtarzalności. Wymienić tutaj można „Nemesis”: smakowicie zapowiadający się utwór od połowy jest niemal identyczny, jak jego pierwsza część. I choć niby trochę później się zmienia, to jednak jak na ponad 7 minut zdecydowanie za mało się tu dzieje. Ostrzejsza część „Nymphetamine (Overdose)” (wycięta zupełnie z wersji teledyskowej, „Fix”) nie pasuje do gotyckiego środka, na dodatek po jego zakończeniu dostajemy powtórkę fragmentu pierwszego segmentu (nawet z tymi samymi słowami). Podobnie rozciągnięte jest „Filthy Little Secret” – po solówce w zasadzie nie znajduje się już w utworze nic ciekawego. Wydaje mi się, że gdyby cały album skrócić o jakieś 10-15 minut, wyszłoby mu to naprawdę na dobre.

Niejako na osłodę, na koniec dostajemy dwa znakomite utwory. „Swansong For A Raven” to kontynuacja „Her Ghost In The Fog”, w pełni zasługująca na swoje miano. Szaleńcze tempo, zmiany nastroju i spora złożoność czynią ją najlepszą piosenką na płycie – i aż szkoda, że cały krążek nie został utrzymany we właśnie takiej konwencji. „Mother Of Abominations” to również sequel utworu z „Midian”, mianowicie „Cthulhu Dawn”. Otwiera go narastająca inkantacja, po której zaczyna się ultraszybka jazda. Kawałek nie należy do najbardziej rozbudowanych, ale broni się energią wykonania i klimatem.

W poprzednim akapicie napisałem „niejako na osłodę”. Niejako, bo tak naprawdę – mimo iż wytknąłem mu wiele wad – „Nymphetamine” to całkiem udany album. Po oswojeniu się z zawartością ta różnorodność kompozycji już aż tak nie razi. Problem stanowi fakt, że w porównaniu z poprzednimi długograjami zespołu, ten przegrywa. Nie ma już w nim tych emocji, szaleństwa, tego nienazwanego „czegoś”. To raczej zbiór dobrych – choć na ogół słabszych niż zazwyczaj – kompozycji, które mimo swych minusów (dłużyzny…) potrafią się spodobać (jak choćby utwór tytułowy, będący jednym z najlepszych w swoim gatunku).

Ten krążek powstał bardzo szybko w stosunku do poprzedniego, i chyba tak naprawdę zespół nie miał koncepcji, jak on właściwie powinien brzmieć, jaki ma mieć kształt. Warstwa muzyczna potwierdza to w całej rozciągłości. O ile od debiutu słyszeliśmy logiczne kontynuowanie pewnych patentów i dokładanie kolejnych elementów symfonicznych, czego ukoronowaniem był nagrany z orkiestrą „Damnation And A Day”, wydaje się, że w tamtej konwencji nie dało się już wiele dołożyć. Nie dziwi więc fakt, że na kolejnym longplayu zespół kombinował w inną stronę. Nie można mówić absolutnie o żadnej katastrofie, niemniej z niemal wszystkich pełnometrażowych dzieł Cradle of Filth, „Nymphetamine” broni się najsłabiej (może wyłączając „Thornography”). To solidna pozycja w dyskografii – po prostu. Wstydu nie ma, ale i powiedzmy sobie szczerze – te wampiry poniżej pewnego poziomu zwyczajnie nie schodzą. Inna sprawa, że zdążyły nas przyzwyczaić do czegoś nieco lepszego.

Ocena : 7 / 10

Edycja Limitowana
(2005)
cradleoffilth-nymphetamine-limitedCD1:
pełna zawartość podstawowej edycji
CD2:
1. Devil Woman (Cliff Richard cover)
2. Soft White Throat
3. Bestial Lust (Bitch) (Bathory cover)
4. Prey
5. Nymphetamine (Jezebel Deva Fix)
6. Mr. Crowley (Ozzy Osbourne cover)

Kilka miesięcy po premierze na rynku pojawiła się edycja limitowana „Nymphetamine”. Fani byli niezadowoleni takim posunięciem argumentując, że zespół zmusza ich do kupowania dwa razy tego samego. Ten zaś odpierał zarzuty, że podczas sesji nagraniowej do albumu nie zdołano już dokończyć bonusowych utworów, i znaleziono na to czas dopiero po premierze. I choć pewnie tak było, teraz nie ma to znaczenia – każdy sam może zdecydować, jaką wersję woli. O ile oczywiście znajdzie jeszcze w sprzedaży przedstawianą tu ściśle limitowaną edycję.

Całkiem ładny digipack skrywa dwie płyty. Teraz interesuje nas płyta bonusowa, na której zamieszczono kilka naprawdę udanych kompozycji. Zaskoczeniem może być cover Cliffa Richarda, „Devil Woman”, ale wyszedł on zespołowi co najmniej wybornie – Cradle of Filth zaskakująco dobrze odnaleźli się w tak przyjaznej dla ucha piosence, oczywiście na swój sposób ją „plugawiąc”. Smaczku nadał gościnny występ samego Kinga Diamonda. „Soft White Throat” i „Prey” to zupełnie nowe, autorskie kompozycje. Symfonia miesza się z elektroniką i ciężkim gitarowym graniem. Należy te utwory uznać raczej za eksperyment, ale całkiem udany (w szczególności „Prey”), choć może nieco zbyt mało odważny. „Bestial Lust”, cover Bathory, zyskał w stosunku do oryginału bardziej heavy metalowego charakteru, niemniej po raz kolejny Cradle of Filth odnaleźli się świetnie w obcym repertuarze. „Nymphetamine (Jezebel Deva Fix)” to, jak już sugeruje nazwa, teledyskowa wersja tytułowego utworu z Sarą zamiast Liv. Należy traktować to raczej jako ciekawostkę, wykonanie oryginalne przemawia do mnie znacznie bardziej. Na koniec dostajemy chyba najlepszy element bonusowego zestawu – „Mr. Crowley” z legendarnej płyty „Blizzard of Ozz” Ozzy’ego Osbourne’a. Tutaj zespół nadał tej powszechnie znanej kompozycji wręcz wyczuwalnej magii, mamy tu i orkiestracje, i harmonie wokalne Jezebel Devy w tle, i pianino, i klawikord, a także świeżą, równie udaną interpretację słynnego wstępu. Utwór rozpędza się coraz bardziej, by wreszcie przyspieszyć tak, jak to nie miało miejsca w oryginale. Dodając do tego wokal Daniego idealnie wpasowujący się w całość, aż trudno uwierzyć, że to nie jest autorska kompozycja Cradle of Filth.

Bonusowa zawartość „Nymphetamine” warta jest świeczki. Jeśli zastanawiasz się nad kupnem tego albumu, warto wydać trochę więcej i sprawić sobie właśnie edycję limitowaną. Chociażby jedynie dla „Devil Woman”, „Mr. Crowley” i rozszerzonej nieco książeczki.

Ciekawostki:

  • „Nymphetamine” to wyraz powstały z połączenia ‚nymph’ lub ‚nymphomania’ i ‚amphetamine’. Oznacza kobietę, która rozkochuje, uzależnia, a następnie niszczy i porzuca.
  • W utworze tytułowym miała zaśpiewać Cristina Scabbia z Lacuna Coil, ale plany te pokrzyżowały jej zobowiązania koncertowe, zatem zaangażowano Liv Kristine, byłą wokalistkę Theatre of Tragedy.
  • „Satyriasis” zawiera fragment wiersza Charlesa Baudelaira.
  • Wstęp do „Mother Of Abominations” to fragment inkantacji przywołania Wielkiego Cthulhu, znanej z prozy H.P. Lovecrafta.
  • Płytę nominowano do nagrody Grammy 2005 w kategorii „Best Metal Performance”.
  • Były plotki (wspominał o tym nawet Paul Allender) o planach nakręcenia klipu do „Gilded Cunt”, ostatecznie jednak nie doszło to do skutku.
  • Dani przyznał w wywiadzie dla „Teraz Rocka”, że Roadrunner naciskał, by płyta powstała jak najszybciej – stąd pewnie brakło czasu na obmyślenie jej koncepcji. Filth stwierdził też, że wcześniej zespół nie pozwoliłby na album, który „brzmi jak składanka”.
  • „Devil Woman” nagrano już w czasie sesji do „Damnation…”, ale zespół był niezadowolony z efektu, więc zarejestrował ją ponownie w późniejszym czasie.
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s