Cradle of Filth „Godspeed On The Devil’s Thunder” (2008) + SE

28 kwietnia 2009

Cradle of Filth
Godspeed On The Devil’s Thunder:
The Life and Crimes of Gilles de Rais
(2008)
cradleoffilth-godspeed-regular
1. In Grandeur and Frankincense Devilment Stirs
2. Shat Out Of Hell
3. The Death Of Love
4. The 13th Caesar
5. Tiffauges
6. Tragic Kingdom
7. Sweetest Maleficia
8. Honey And Sulphur
9. Midnight Shadows Crawl To Darken Counsel With Life
10. Darkness Incarnate
11. Ten Leagues Beneath Contempt
12. Godspeed On The Devil’s Thunder
13. Corpseflower

Po eksperymentowaniu z melodyjniejszym i przystępniejszym graniem załoga Cradle of Filth postanowiła powrócić do tego, w czym są bezapelacyjnie najlepsi – do ekstremalnego, wściekłego gotyckiego metalu. Szybszego i cięższego, niż kiedykolwiek wcześniej.

Zacząć trzeba od tego, że „Thornography” nie było złym albumem. Ba, było płytą jak najbardziej udaną, całkiem spójną i dobrze skomponowaną. Problem leżał gdzieś indziej – ów krążek wybiegał znacząco poza tradycyjną stylistykę zespołu, i chociaż nie brakowało tam pewnych elementów kojarzonych z Cradle of Filth, to jednak śpiewane czystym głosem refreny, piosenkowa budowa większości utworów i cover electro-popowego zespołu z lat 80. były dla wielu czymś idącym o wiele za daleko. Chłodne przyjęcie płyty z pewnością zadecydowało, że zespół zabrał się nie za trzecią część planowanego tryptyku, na który składać się miały także „Nymphetamine” i „Thornography”, a za swoisty powrót do korzeni. Co z tego wyszło? Coś – nomen omen – diabelnie dobrego.

„Godspeed On The Devil’s Thunder” to trzeci concept album zespołu, tym razem Dani Filth i spółka przedstawiają nam makabryczną historię XV-wiecznego arystokraty, najbogatszego magnata ówczesnej Francji, a może i całej zachodniej Europy, żołnierza Joanny d’Arc, gorliwego katolika, a także seryjnego mordercy, pedofila, sadysty, okultysty i alchemika – słowem, człowieka pełnego kontrastów, owianego złą sławą Gillesa de Rais. Choć do naszych czasów nie przetrwało zbyt wiele dokumentów na jego temat, najprawdopodobniej miał na koncie kilkadziesiąt lub kilkaset morderstw dzieci, nie wspominając o innych okrucieństwach, jakich dopuszczał się podczas swego niedługo życia. Na albumie poznajemy go w chwili, gdy opłakuje paloną na stosie Joannę d’Arc – to wydarzenie mogło mieć duży wpływ na jego psychikę i na to, kim się stał. Po przejściu na żołnierską emeryturę rozpoczął swoją zbrodniczą działalność – między innymi w zamku Tiffauges. Nikt nie gloryfikuje jego postaci, Dani opisuje w postaci mrocznej, chorej baśni losy de Raisa od początków jego szaleństwa, aż do hańbiącej śmierci na szubienicy. A wszystko to oprawione w ramy ekstremalnego odłamu gotyku, tak dobrze kojarzonego z Cradle of Filth.

Określenie „powrót do korzeni” nie do końca byłoby jednak w przypadku tego albumu trafione. Owszem, pewne nawiązania do starszych dzieł oczywiście sie pojawiają (chociażby w tekstach), aczkolwiek Cradle of Filth 2008 e.v. jest innym zespołem, niż był dziesięć czy piętnaście lat wcześniej, który na dodatek tworzy w odmiennych już czasach i warunkach. Gdyby jednak uprzeć się i porównywać „Godspeed…” do klasyków zespołu, powiedziałbym, że klimatem przywołuje „Cruelty And The Beast”, szybkością „Dusk And Her Embrace” lub „VEmpire”, zaś melodyjnością „Midian”. Tyle, że niemal wszystko zawarte jest tu na o wiele większą skalę.

Tradycyjnie już album otwiera instrumentalne intro, przywodzące nieco na myśl główny motyw z „Requiem dla snu”. Pojawia się tam Doug Bradley w roli Gillesa de Rais, którego kwestie wybrzmiewają niemal przed każdym utworem, a czasem nawet i podczas ich trwania. Przyznam, że miałem pewne obawy, czy ponowne zaangażowanie Bradleya to dobra decyzja, wszak stworzył zapadającą w pamięć kreację w „Midian”, pojawił się też na dwóch poprzednich albumach i mógł zbytnio kojarzyć się z krążkami z przeszłości. Na szczęście podołał zadaniu i teraz trudno sobie wyobrazić, kto inny poradziłby sobie z wcieleniem się w de Raisa. Jego głos pozostał nieprzetworzony, dodano jedynie lekki pogłos, tak, że ma się wrażenie, iż Gilles opowiada swą historię w jakimś lochu – czy może raczej spowiada się z grzechów życia przed egzekucją.

Intro przecina nagle blastowany, pędzący na złamanie karku „Shat Out Of Hell”. Takie zawrotne tempo, z drobnymi wyjątkami (dokładniej dwoma) utrzymane jest aż do końca płyty – niesamowitej motoryki dodaje całości nowy perkusista, Martin Skaroupka, który bez wątpienia nagrał na „Godspeed…” najlepsze i najciekawsze partie bębnów w historii zespołu. Można też zauważyć, że album podzielono niejako na dwie części. W pierwszej – do kapitalnego, chyba najbardziej chwytliwego w zestawie „The 13th Caesar” włącznie – utwory są melodyjniejsze, mają prostszą strukturę i stanowią swoiste pożegnanie ze stylem znanym z „Nymphetamine” i „Thornography”. W tekstach dopiero poznajemy de Raisa, który powoli popada w obłęd. Od interludium „Tiffauges”, stanowiącego intro do „Tragic Kingdom”, zaczyna się druga część albumu. Tutaj klimat gęstnieje, jest coraz mroczniej, ciężej i szybciej. Miejscami kompozycje przyspieszają tak, jak chyba nigdy wcześniej w twórczości Cradle of Filth, by wspomnieć o rewelacyjnym, galopującym „Sweetest Maleficia” z perkusyjną nawałnicą pod koniec, dostojnym „Midnight Shadows Crawl To Darken Counsel With Life”, przywodzącym na myśl te bardziej rozbudowane utwory z „Midian” czy mocnym utworze tytułowym. Znacznie mniej na „Godspeed…” zwolnień podczas piosenek, jak to bywało na starszych albumach – miłośnicy romantycznych, gotyckich pasaży mogą więc poczuć się nieco niezaspokojeni. Spokojniej jest w „The Death of Love”, opartym na wokalnym dialogu Daniego z Carolyn Gretton – kompozycja może kojarzyć się nieco z „Nymphetamine”. Tempo wytracone jest także w „Ten Leagues Beneath Contempt”, położonym pomiędzy dziewięciominutowym, porażającym „Darkness Incarnate” a bardzo szybkim numerem tytułowym. Mimo swej ekstremalności album wydaje się jednak całkiem przystępny i wpadający w ucho, ale to jest domeną CoF chyba od początku ich płytowej historii, chociaż przebrnięcie przez ponad 71 minut tak intensywnej muzyki sprawi pewnie niektórym problem.

Przed premierą krążka byłem również ciekaw, jak poradzi sobie Dani, na szczęście tu też jest bardzo dobrze. „Śpiewa” niżej niż dotychczas, wróciły charakterystyczne piski i wizgi, wydaje się, że ma też większą świadomość i wyczucie melodii, niż kiedyś. To, plus jak zawsze świetne interpretacje tekstów (również jego autorstwa – najlepsze od czasów „Damnation And A Day”) sprawia, że możemy mówić o „Godspeed…” jako o jednym z najlepszych albumów zespołu pod względem wokalnym.

Zatrudnienie Andy’ego Sneapa w roli producenta i realizatora dźwięku było strzałem w dziesiątkę. Dzięki niemu krążek ten brzmi najlepiej ze wszystkich dotychczas wydanych w barwach Cradle of Filth i jest chyba pierwszym w ich historii, na którym nie dopatrzyłem się jakichś wad brzmieniowych, na przykład w rodzaju fatalnego werbla (vide: „Thornography”). Uwypuklona silnie jest symfonia, klawisze ponownie wróciły do łask, często pojawia się też chór (w urokliwym dialogu z Danim w „Honey And Sulphur” chociażby). Paradoksalnie, syntezatorowe orkiestracje, których mamy tu całą masę, brzmią lepiej, niż te z udziałem prawdziwej orkiestry na „Damnation And A Day”! Zasługa w tym Marka Newby-Robsona, odpowiedzialnego za te wszystkie partie.

„Godspeed On The Devil’s Thunder” to powrót Cradle of Filth do ekstraklasy ekstremalnego grania, a przy tym najlepsze ich osiągnięcie od czasów „Midian”, albo nawet i „Cruelty And The Beast”. Przeciwnicy oczywiście niepochlebnego zdania o zespole nie zmienią, ale kto by się nimi przejmował? Ósmy longplay Brytyjczyków stanowi jedno z najlepszych ich osiągnięć, czarując słuchacza niemal tak, jak otoczone wśród fanów kultem „Dusk And Her Embrace” czy „Cruelty And The Beast”. Pozwala on także sądzić, że ogień w Kolebce Plugastwa nie wygasł, i że ten wampir potrafi jeszcze dotkliwie pokąsać. Pozostaje więc czekać na kolejne z nim spotkanie – mając nadzieję, że co najmniej równie udane – bo wątpliwości, że ciąg dalszy musi nastąpić, chyba nikt nie ma.

Ocena : 9 / 10

Edycja Specjalna
cradleoffilth-godspeed-special
CD1:
zawartość taka, jak na zwykłej edycji
CD2:
1. Balsamic And Anathema
2. A Thousand Hands On The Maid Of Ruin
3. Into The Crypt Of Rays (Celtic Frost cover)
4. Devil To The Metal
5. Courting Baphomet
6. The Love Of Death (Remix)
7. The Death Of Love (Demo)
8. The 13th Caesar (Demo)
9. Dirge Inferno (Live)
10. Dusk And Her Embrace (Live)

Równolegle z wydaniem podstawowej wersji albumu, w sklepach pojawiła się też edycja specjalna, z jak najbardziej kuszącą zawartością. Głównym daniem bonusowej płyty są na pewno dwa utwory stanowiące część historii de Raisa, a które nie zmieściły się na regularnej edycji CD (a na winylowej i owszem). „A Thousand Hands On The Maid Of Ruin” to utwór instrumentalny (gitarowy, nie interludium), którego miejsce jest pomiędzy „Darkness Incarnate” a „Ten Leagues Beneath Contempt”. Jest znacznie bardziej udany, niż pierwszy tego typu instrumental „Rise Of The Pentagram” z „Thornography”. Nie nuży, obfituje w liczne zmiany tempa, może nawet trochę szkoda, że nie nagrano doń wokali. „Balsamic And Anathema” (powinien być między „Ten Leagues Beneath Contempt” a „Godspeed On The Devil’s Thunder”) to już „typowy” kawałek, z obowiązkowym nieprawdopodobnym przyspieszeniem w środku i partią chóru pod koniec. Ciekawostką jest też to, że Dani „śpiewa” tu wyżej, niż na „Godspeed…” (mniej więcej tak, jak w „Shat Out Of Hell”). Oba te numery świetnie wpasowują się w album, który uzupełniony o nie robi jeszcze większe wrażenie, i w takiej postaci można mówić o „wersji reżyserskiej”. Ale i inne utwory na dodatkowym krążku nie są gorsze. Mamy kawałek z repertuaru Celtic Frost („Into The Crypt Of Rays”), dość podobny do oryginału, chociaż smaczku nadaje mu interpretacja Daniego. Zamieszczono też 2 utwory z edycji specjalnej „Thornography”, 2 dema i 2 utwory live (wrażenie robi agresywne wykonanie „Dirge Inferno”, gdzie Filth „śpiewa” bardzo nisko), a także remiks „The Death Of Love” z niewykorzystanymi na albumie kwestiami de Raisa. Do tego atrakcją wydawnictwa specjalnego jest rozszerzony nieco artwork i digipack w formie skórzanej księgi z okuciami. Fan nie powinien ani chwili zastanawiać się, jaką wersję „Godspeed…” wybrać, tym bardziej, że za dosłownie kilka złotych więcej dostajemy dodatkową godzinę przedniej muzyki.

Ciekawostki:

  • Postać Gillesa de Rais przewinęła się już wcześniej przez muzykę Cradle of Filth. Jest on wspomniany w utworze „Lord Abortion” z albumu „Midian”.
  • Pierwotnie narratorem (Gillesem de Rais) miał zostać aktor Tony Todd, znany z tytułowej roli w horrorze „Candyman”. Pojawił się nawet w studiu, ale po przeczytaniu kwestii wystraszył się ich myśląc, że CoF gloryfikuje np. mordowanie dzieci, odmówił nagrania i uciekł. Zespół poprosił więc o współpracę wieloletniego przyjaciela Douga Bradleya, swoją drogą interesującego się historią de Raisa (pożyczył nawet Daniemu parę książek na ten temat, gdy wokalista przygotowywał się do pisania tekstów).
  • W „Darkness Incarnate” w roli ofiary de Raisa występuje córka Daniego, Luna Scarlet.
  • Całość materiału napisał Paul Allender, zaś partie klawiszy i orkiestracje w porozumieniu z nim Mark Newby-Robson.
  • Wszystkie gitary w „Into The Crypt Of Rays” nagrał basista zespołu, Dave Pybus.
  • Tytuł płyty pochodzi od zwrotu, jakiego użył Dani w jednym z listów. Jest to swoiste pozdrowienie.
  • Dani w „The Death of Love” wykrzykuje kilka razy w tle „la pucelle”, co po francusku oznacza dziewicę – rzecz jasna chodzi o Dziewicę Orleańską.
  • Tytuł i tekst „The 13th Caesar” nawiązuje do dzieła Swetoniusza „De Vita Caesarum”, gdzie opisano losy dwunastu cesarzy rzymskich takich, jak Juliusz Cezar, Klaudiusz, Kaligula i Neron. Swetoniusz uznał, że oni zdeterminowali pojęcie cesarza, i że nie znajdą już równych sobie następców (pod takim czy innym względem). Trzynastym cezarem według Daniego ma więc być bogaty i obłąkany Gilles de Rais.
  • Wyśpiewywany przez chór w „Honey And Sulphur” łaciński zwrot „Praeclarum Custodem Ovium Lupum” jest autorstwa Cycerona, oryginalnie brzmi „O, praeclarum custodem ovium, lupum!”, i znaczy „O, najlepszy obrońco owiec, wilku!” – na albumie de Rais jest często przedstawiany jako wilk.
Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s