HIM „Venus Doom” (2007)

26 kwietnia 2009

HIM
Venus Doom
(2007)
him-venusdoom
1. Venus Doom
2. Love In Cold Blood
3. Passion’s Killing Floor
4. The Kiss Of Dawn

5. Sleepwalking Past Hope

6. Dead Lovers’ Lane
7. Song or Suicide
8. Bleed Well
9. Cyanide Sun

Było koło północy, deszcz pukał delikatnie w okno oświetlane przez księżycową poświatę przebijającą się zza chmur… a ja wsłuchiwałem się wtedy po raz pierwszy w szósty album HIM. Okoliczności sprzyjały w odbiorze płyty, która naprawdę mnie zaskoczyła. Dlaczego?

Poprzednie wydawnictwo zespołu, „Dark Light”, pierwsze nagrane dla nowej wytwórni HIMa, Sire, odniosło wielki sukces komercyjny, sprzedając się w liczbie miliona egzemplarzy. Niestety, powodzenie krążka nie poszło w parze z jego jakością. Wkrótce po premierze na zespół spadła fala krytyki ze strony fanów, którzy oczekiwali kontynuacji stylu prezentowanego na „Love Metal”, a otrzymali zamiast tego album schematyczny, przeładowany klawiszami, zbyt popowy i przesłodzony, choć jednocześnie – przyznając szczerze – niepozbawiony uroku. Ville Valo obiecał, że następna płyta będzie cięższa, mocno rockowa i mroczniejsza od poprzednich. Do tego typu obietnic podchodziłem sceptycznie – mimo, że „The Kiss of Dawn”, pierwszy singiel, nastrajał optymistycznie – aż do czasu przesłuchania nowego materiału.

Pozytywnym rozczarowaniem jest dla mnie fakt, że „Venus Doom” autentycznie potrafi zafascynować słuchacza. Zapoznawałem się z tym albumem z rosnącą ciekawością. Już pierwsze dźwięki upewniają, że istotnie jest to wydawnictwo cięższe, niż „Dark Light”. Tytułowy utwór zaskakuje przede wszystkim niezwykle urokliwym zwolnieniem tempa po solówce, kiedy Valo śpiewa niskim głosem – nadaje to kompozycji specyficznego, można by rzec – HIMowego, staroszkolnego klimatu. Klimatu, dodajmy, zbliżonego do pierwszych dokonań kapeli. „Love In Cold Blood” kojarzy mi się nieco z piosenkami z „Razorblade Romance” – zarówno zwrotka, jak i refren zagnieżdżają się w głowie na naprawdę długi czas. „Cyanide Sun”, piękna ballada wieńcząca album, przypomina nieco wolniejsze kawałki z „Love Metal”, choć oczywiście nie mamy tu do czynienia z jakąś kalką wcześniejszych dzieł. „Venus Doom” cechuje wysoka melodyjność kompozycji – ale w przypadku HIM jest to przecież normą. Niemal każdy kawałek skłania do przytupywania nogą i podśpiewywania pod nosem. „Bleed Well” idealnie potwierdza tę tezę – nie umiałem się po prostu odeń oderwać.

W środku krążka, w kulminacyjnym momencie, rozlegają się dźwięki pianina. Tak rozpoczyna się „Sleepwalking Past Hope”, najdłuższy utwór w dziejach zespołu, trwający 10 minut. Niewątpliwie to najlepsza i najbardziej rozbudowana kompozycja krążka – a przy tym jedna z najlepszych w całej historii HIM! Utwór ten skojarzył mi się trochę z kawałkami z „Greatest Lovesongs volume 666”. Tempo to zwalnia, to przyspiesza, tajemnicze, ponure gitarowo-klawiszowe dźwięki z towarzyszącym im niezwykłym wokalem Valo, przywodzące nieco na myśl doom-metalową (sic!) stylistykę, nagle ustępują szybkiej hard-rockowej solówce w wykonaniu Lindego, który przyłożył się do swojej pracy i opracował sporo fajnych riffów – i niewątpliwie oprócz Villego to on na „Venus Doom” gra pierwsze skrzypce. W każdym utworze mamy kilka gitarowych motywów, w przeciwieństwie do „Dark Light”, słyszymy tutaj również kilka solówek, więc na nudę narzekać bynajmniej nie możemy. Cały album przywodzi na myśl zarówno wczesne dokonania HIM (ze szczególnym wskazaniem na EP „666 Ways To Love” oraz „Razorblade Romance”), jak i twórczość Black Sabbath, która od dawna stanowi inspirację piątki Finów.

Jak już wspominałem, rozbudowano kompozycje, nie ma tu tej schematyczności z poprzedniego albumu. Ciekawsze są również poszczególne partie instrumentów – perkusja pracuje znacznie lepiej niż ostatnio, jest kilka malutkich popisów basowych (chociażby w „The Kiss of Dawn”), klawisze schowane są gdzieś z tyłu, za gitarami – niestety, w paru miejscach trochę drażnią, będąc ciut przesłodzonymi. Wszystko to okraszone pierwszorzędną produkcją. Również na warstwę tekstową nie można narzekać – choć tematyka tradycyjna (miłość, strata, śmierć), przekazuje ona kilka ważnych rzeczy – jak choćby liryki w „The Kiss of Dawn”, który to kawalek Ville zadedykował swemu zmarłemu tragicznie przyjacielowi.

Na „Venus Doom” kilka rzeczy jednak przeszkadza. Przede wszystkim, słaby utwór „Passion’s Killing Floor”, niezwykle chaotyczny, gdzie słodki refren a la „Deep Shadows & Brilliant Highlights” miesza się po chwili z sabbathowymi dzwonami, co zwyczajnie śmieszy, a nie nadaje piosence należytego klimatu. Inna nazwa jak „zapchajdziura” nie należy się krótkiemu „Song or Suicide” – pomysł na akustyczną kompozycję dobry, lecz kawałek jest za krótki (trochę ponad minutę). Odnoszę wrażenie, że powstał on jedynie po to, by album miał dziewięć piosenek, co i tak nie jest porażającą ilością – w tym przypadku jednak liczy się jakość, co mnie niezwykle cieszy.

„Venus Doom” to z jednej strony ukłon w stronę starszych fanów (zarówno stażem, jak i wiekiem), z drugiej zaś świeżo brzmiący kawałek dobrej, rockowej muzyki, potwierdzający fakt, że HIM na każdym krążku chce się prezentować z nieco innej perspektywy. Wreszcie można płytę owej kapeli nazwać rockową bez nadmiernego naginania granic tego pojęcia. Pozostaje mi życzyć Villemu i reszcie ekipy kolejnych tak dobrych dokonań, bo albumem „Venus Doom” udowodnili, że potrafią jeszcze nagrać coś naprawdę klimatycznego i godnego uwagi. Będę trzymać za nich kciuki.

Aż chce się zakrzyknąć: In HIM we trust!

Ocena : 8.5 / 10

Ciekawostki:

  • Pierwszy riff ze „Sleepwalking Past Hope” pojawił się w muzyce HIM w nieco odmiennym kształcie już wcześniej – w alternatywnej wersji znanego z „Deep Shadows and Brilliant Highlights” utworu: „Salt In Our Wounds” (Thulsa Doom version) z 2001 roku.
  • Okładka albumu jest autorstwa malarza Davida Harouniego – Ville Valo zakupił w jego galerii obraz, który ostatecznie, za zgodą artysty, stał się okładką dzieła.
  • Ville twierdzi, że tytułową piosenkę „Venus Doom” skomponował pod wpływem fascynacji jego dwoma ówcześnie ulubionymi utworami: „Can’t Help Falling In Love” Elvisa Presleya i „Gilded Cunt” Cradle of Filth. Nawiązanie do pierwszego słychać w refrenie (dość podobna melodia), a jeśli chodzi o drugi, zapewne chodzi o fakt, iż „Venus Doom” jak na stylistykę HIM, to dość ciężki kawałek.
Reklamy

Komentarzy 6 to “HIM „Venus Doom” (2007)”

  1. Sin said

    recenzja ciekawa i trafna, zgadzam się właściwie ze wszystkim, co napisałeś. płyta w moim prywatnym rankingu HIMowych LP zajmuje zaszczytne miejsce trzecie po GLV 666 (uwielbiam) i RR. DS&BH z uwagi na ‚Beautiful’, ‚Salt in our wounds’ i ‚Love you like I do’ na czwartym, a reszta… szczerze powiem, że nie jestem do końca pewna, czy wysłuchałam ich w całości. LM chyba tak i parę fajnych (to dobre słowo) utworów udało mi się wyłonić, do DL odkąd usłyszałam singlowe ‚The wings of the butterfly’ nie odważyłam się porządnie przysiąść. może spróbuję.

    swoją drogą przestraszyłam się tego, co przeczytałam o zapowiadanym na luty przyszłego roku Screamworks: Love in theory and practice Ville w wywiadzie powiedział, że utwory będą raczej krótkie, chwytliwe, proste, a na punkt odniesienia wybrał ‚The funeral of hearts’ i ‚Wings of the butterfly’. cóż, nie tego się spodziewałam po następcy naprawdę dobrego VD, mam nadzieję, że jednak pójdą dalej w tym kierunku. i masz rację: in HIM we trust 🙂

  2. Wierzę w to, że będzie dobrze – choć faktycznie wolałbym, by nowa płyta podążała, przynajmniej częściowo, w kierunku z VD, to i tak czekam z niecierpliwością, co tam Valo i spółka znów zmalują. Jakby nie patrzeć, każda płyta HIM jest odmienna od poprzedniej, więc liczę, że „Screamworks” nie będzie podobne np. do „Dark Light” – stąd też kwestia krótkich utworów mnie zbytnio nie przeraża 😉

    • Sin said

      masz rację, ale jak przeczytałam ‚Love in theory and practice’ to pomyślałam ‚mój boże, Crowley!’ i jakoś mój umysł nastawił się na coś muzycznie odpowiadającego klimatem tytułowi, czy raczej mojej jego interpretacji 😉 pewnie uzewnętrzniły się tu także moje pragnienia otrzymania płyty równie cudownej co GLV 666, dlatego te późniejsze rewelacje troszkę osłabiły mój entuzjazm. mimo wszystko niecierpliwie czekam na najnowsze wydawnictwo i mam nadzieję, że nas nie zawiedzie. będę wyczekiwała tego krążka tak żarliwie jak następcy GotDT; początek roku 2010 zapowiada się więc bardzo ciekawie 😀

  3. LimaK said

    Dobry, mocny album. Powrót do lepszych czasów. Minusem są dość długie utwory, niekiedy przynudzające (kilka z nich).
    Moja ocena: 7,5/10

    • Scream said

      Jak dla mnie to 4 najlepszy album HIMa, ma wiele fajnych rifów, ale przynudza, piosenki są zdecydowanie za długie moja ocena to 7/10

  4. mania said

    Dla mnie album na 9 ale byłaby 10ka jakby Song or Suicide nie urwała się tak gwałtownie xD, pamiętam do tej pory swój szok i myśl „a gdzie reszta??” ;). Nic mi na tej płycie nie przynudza, a „Sleepwalking” uwielbiam za to, że jest takie długie, można się nią nacieszyć ;). Do ciekawostek dodałabym, że zdjęcie sowy, które jest w książeczce zrobił Ville. Sowa przylatywała na parapet jego domu.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s